ŚWIĘTY KOŚCIÓŁ
POWSZECHNY

Święty

Najtrudniej uwierzyć w to, że Kościół jest święty. Tak wiele zarzutów na przestrzeni wieków wysunięto pod adresem ludzi reprezentujących Kościół, i tak wiele zastrzeżeń można dziś postawić ludziom w sutannach i habitach, że wiara w świętość Kościoła wydaje się nieporozumieniem. Fakty świadczą często raczej o grzeszności Kościoła, a nie jego świętości.

Nieporozumienie jednak wynika z niewłaściwie rozumianej świętości Kościoła. Nie chodzi w niej bynajmniej o to, by w Kościele nie było grzeszników. Wręcz przeciwnie, Kościół tworzą grzesznicy. Świętość Kościoła polega właśnie na tym, że grzesznik może w nim oczyścić się ze swego grzechu i osiągnąć pełnię doskonałości zarówno moralnej, jak i religijnej. Kościół jest święty, ponieważ dysponuje potężną siłą uświęcającą. Jest nią obecność samego Boga. Kościół jest święty nie dlatego, że nie ma w nim grzeszników, lecz dlatego, że w nim grzesznicy osiągają świętość.

Wielu ludzi chciałoby widzieć w Kościele wspólnotę bez zarzutu, grono ludzi wzajemnie się kochających, doskonałych pod każdym względem. Takiego Kościoła oczekują i w imię tak rozumianej jego świętości krytykują rzeczywistość Kościoła, z jaką mają do czynienia. Warto sobie jednak postawić pytanie: ilu z nas należałoby do takiego doskonałego Kościoła? Przecież każdy grzech wykluczałby nas z niego na zawsze.
Ilu z nas okazałoby się tak doskonałymi?

Pokusa rozumienia świętości Kościoła jako jego bezgrzeszności ma swe źródło w egoizmie. Nieliczni doskonali chcieliby patrzeć z góry na wszystkich grzeszników, którzy są pozbawieni prawa uczestniczenia w życiu świętych. Ta motywacja dochodziła do głosu u faryzeuszy. Większość jednak krytykujących dziś słabości i grzechy ludzi należących do Chrystusowego Kościoła ma na uwadze samousprawiedliwienie. Ich rozumowanie jest proste. Skoro kapłani i ludzie przebywający blisko ołtarza popełniają takie a takie grzechy, to czegóż można oczekiwać od zwyczajnych prostych wiernych. Gdyby przedstawiciele duchowieństwa byli bez zarzutu, to i my żylibyśmy uczciwie.

Tu tkwi główne źródło rozpowszechniania prawdziwych i nieprawdziwych wiadomości o grzechach duchowieństwa. Jest to jednak tylko samousprawiedliwienie, nic więcej. Trzeba tu dodać, że ani grzechy duchowieństwa, ani grzechy wiernych nie przekreślają świętości Kościoła, do którego należą i który tworzą. Zarówno jedni, jak i drudzy gdyby prawdziwie chcieli, mogliby w tym Kościele zostać świętymi. Mają bowiem w zasięgu ręki wszystkie możliwości własnego uświęcenia. Mogą skorzystać z łaski oczyszczenia w sakramencie pokuty, mogą brać udział w Eucharystycznej uczcie, mogą wędrować krok w krok za Chrystusem, śledząc Jego dzieje z Ewangelią w ręku.

Chrystus mówiąc o świętości członków swego Kościoła, posłużył się obrazem soli i światła. „Wy jesteście solą ziemi, lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi”. Jest w tych słowach określony dramat ludzi Kościoła, którzy utracili „smak”. Świętość otrzymaną na chrzcie świętym można stracić. Jest to największe nieszczęście, jakie może spotkać człowieka wierzącego. Chodzi o utratę wiary, a razem z nią prawa do wszystkich środków uświęcających, jakimi dysponuje Kościół.

Wszyscy, którzy korzystają z możliwości uświęcenia, jakie są dostępne w Kościele, stają się światłością świata. Ich to, według Jezusa, „stawia się na świeczniku, by świecili wszystkim, którzy są w domu”. Taki też jest sens beatyfikacji i kanonizacji. Święci bowiem najpełniej ukazują tajemnicę świętości Chrystusowego Kościoła.

Powszechny

Instytucją o najszerszym zasięgu, zainteresowaną losami całej ludzkości, jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. Polska już od wielu lat należy do tej organizacji, z czego jednak nie wynika, by przeciętny Polak miał świadomość swej własnej przynależności do ONZ. Ta najbardziej powszechna organizacja, jaką udało się stworzyć człowiekowi, gromadzi państwa i narody, ale nie zabiega o gruntowanie świadomości przynależności do niej indywidualnych ludzi. Pod tym względem Kościół Chrystusowy jest znacznie doskonalszą instytucją. Potrafi bowiem przy swej powszechności trafić do świadomości każdego swego członka.

Powszechność Kościoła jest dziełem Boga. Zbudowanie wspólnoty obejmującej ludzkość przekracza możliwości człowieka. Kościół jest katolicki, czyli powszechny, w tym znaczeniu, że jest w nim miejsce dla każdego człowieka. Spotykają się w nim Murzyn i Eskimos, Arab i Japończyk, geniusz i człowiek upośledzony umysłowo, mistrz olimpijski i kaleka, który nigdy nie stanął na własnych nogach. W Kościele jest miejsce dla dziecka jeszcze nie narodzonego i dla starca zniszczonego sklerozą, dla wielkich grzeszników i dla świętych.

Kościół to wielki rodzinny dom, w którym każdy członek ma miejsce przy jednym ojcowskim stole. Ewangelia jest najpowszechniejszą księgą świata, można ją czytać w każdym zakątku ziemi i wszędzie jest zrozumiała. Osiem błogosławieństw urzeka swoją głębią i powszechnością nie tylko w Europie, ale w Azji i Australii. Wszędzie też można ustawić Eucharystyczny stół, przy którym nie ma pierwszych miejsc, lecz wszyscy stają się braćmi niezależnie od przynależności narodowej, koloru skóry, stopnia posiadanej wiedzy czy ilości zgromadzonych pieniędzy.

Powszechność Kościoła jest możliwa dzięki miłości, którą przekazał nam Chrystus. Wiedząc, że wielu ludzi do tej miłości jeszcze nie dorasta, Jezus ukazał jej trzy zasadnicze wymiary, by w ten sposób objąć możliwie wszystkich. Z miłością bliźniego mamy się pochylić nad każdym czekającym na naszą pomoc. Miłością wzajemną mamy darzyć naszych przyjaciół. Miłością nieprzyjaciół mamy ogarnąć wrogów. W tym ujęciu nie ma człowieka, którego by miłość nie objęła. Ona też decyduje o powszechności Chrystusowego Kościoła.

Głębsza świadomość powszechności Kościoła ujawnia ostro niedojrzałość wielu chrześcijan. W historii bywało wielokrotnie, iż na kilka godzin przed bitwą żołnierze po obu stronach frontu gromadzili się przy Chrystusowym ołtarzu, przyjmowali łaskę rozgrzeszenia, spożywali Eucharystyczny chleb, a czynili to wszystko z karabinem wymierzonym do swoich współbraci w wierze. Zabijali się wzajemnie, by po śmierci, na progu wieczności, podać sobie po bratersku ręce. Takie wydarzenia są bolesnym wyrzutem, iż ciągle nie dorastamy do braterskiej zgody na ziemi, mimo że stanowimy jedną wielką Bożą rodzinę.

Ciągle za mało znamy Kościół, do którego należymy i dlatego za mało go kochamy. Nie można kogoś kochać, nie znając go. Poznawanie różnych aspektów Chrystusowego Kościoła wprowadza nas w cudowne dzieło Boga, które sami współtworzymy. Chrześcijanin nie może być nieczułą cegłą w wielkim gmachu budowli, którą wznosi Bóg, ale żywą komórką uczestniczącą w szczęściu całego organizmu. Kościół jest Ciałem Chrystusa złożonym z miliardów żywych komórek, bardzo zróżnicowanych, a jednak harmonijnie współpracujących ze sobą. Powszechność Kościoła to jeden z wielkich cudów, który można obserwować i podziwiać zarówno dziś, jak i na przestrzeni wieków.

Nieomylny

Kościół jest podobny do stacji telewizyjnej, która przekazuje ludzkości program samego Boga. Chodzi w nim o wiadomości dotyczące szczęścia człowieka. Aby jednak nadawanie programu miało swój sens, ludzie muszą dysponować sprawnymi odbiornikami. Stąd też Kościół nie może się ograniczyć jedynie do przekazu samych wiadomości o Bogu i zbawieniu, lecz również musi ustawicznie zabiegać o możliwie dokładne ustawienie odbiorników. To część jego misji na Ziemi. Chodzi o doskonalenie wrażliwości sumienia.

Człowiek tylko wówczas może właściwie spojrzeć na swoje życie religijne i moralne, jeśli ma dobrze ustawione sumienie. Doskonalenie zaś wrażliwości sumienia dokonuje się przez obraz kontrolny, na którym są podane Boże przykazania ujęte w dekalog. Jeśli człowiek dobrze rozumie sens poszczególnych przykazań i sens ich całości, wówczas ideał życia, który nadaje telewizyjna stacja przekazująca Boże Objawienie, jest tak piękny, iż właściciel odbiornika nie potrafi nawet przez moment spoglądać na obraz zamazany, a gdyby się to stało, natychmiast sam ustawia ostrość obrazu. Jeśli jednak nie rozumie dekalogu, obraz Bożego ideału życia jawi się nie tylko bez kolorów, ale zupełnie zdeformowany, jak w krzywym zwierciadle.

Kościół jest zobowiązany do tego, by program był idealnie czysty, bez żadnych domieszek. Ma przekazywać Prawdę objawioną, zawartą w Piśmie Świętym i Tradycji. Nie może jej zniekształcać w swym studio. Nie może podawać ludzkich interpretacji, jeno samą czystą prawdę przekazaną przez Boga. W tym celu otrzymał specjalny dar – nieomylność. Za ten czysty przekaz odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim biskupi, ale w pewnej mierze każdy, kto odbiera program. Jeśli pojawia się coś, co nie harmonizuje z Ewangelią, każdy wierny winien zgłaszać swoje zastrzeżenia, stawiać pytania, domagać się wyjaśnienia.

Trudniejsze zadanie Kościoła polega na ciągłym naprawianiu niszczonych przez nieuwagę, nieostrożność, a czasem całkiem świadomie odbiorników, którymi są sumienia poszczególnych wiernych. Samo dotarcie do jednostki jest trudne, przekonanie zaś człowieka o potrzebie właściwego ustawienia sumienia jest jeszcze trudniejsze. Nie da się tego robić na siłę. To musi być gest dobrowolny. Czasem trzeba czekać latami.

Jesteśmy dotknięci dziwną chorobą. Wiedząc, że nasze sumienia są uszkodzone i wymagają udoskonalenia, ociągamy się z ich naprawą. Większość ludzi podobna jest do małych dzieci, które wolą całą noc nie spać z powodu bólu zęba, byle nie iść do dentysty. Infantylna to postawa i nie da się jej usprawiedliwić. Gdyby udało się na większą skalę ustawić sumienia według przykazań dekalogu, życie społeczne zmieniłoby zupełnie swój kształt.

Tak niewiele potrzeba, wystarczy udoskonalić wrażliwość sumienia. Trzeba to jednak uczynić na wielką skalę. Los bowiem ludzi wrażliwego sumienia w środowisku o zniekształconym sumieniu jest bardzo ciężki. Taki człowiek staje się dla innych bolesnym wyrzutem sumienia i napotyka na zorganizowaną akcję wymierzoną przeciw niemu. Jeśli nie uda się zniszczyć jego sumienia, to zniszczą jego samego.

Chrystus, mimo iż doskonale wiedział, jakie jest prawo tego świata, postanowił zająć się zniszczonymi sumieniami swoich słuchaczy. Potrafił zorganizować wspólnotę ludzi wrażliwego sumienia i przekonać ich, iż mimo groźnych ataków świata muszą wytrwać i udowodnić, że o wartości człowieka nie decyduje nic innego, tylko dobrze ustawione sumienie. Kościół kontynuuje dzieło swego Mistrza.

Pokorny

Chrystusowy Kościół ciągle musi temperować swe tryumfalistyczne zapędy. Żądza widzialnych sukcesów tkwi głęboko w sercu człowieka i gdy ten wchodzi do Kościoła, wnosi z sobą ten bakcyl. Tytułów do wynoszenia się ponad innych jest wiele, żadnego z nich jednak Chrytus nie uznawał. Sam wybrał drogę pokory i Jego Kościół kroczy zawsze tą wyznaczoną przez Niego drogą. Innej drogi wiodącej do zbawienia nie ma.

Św. Paweł sam boleśnie przeżył szereg klęsk w swoim życiu, zanim zrozumiał, że to one właśnie prowadzą do celu. Chciał otworzyć oczy Koryntianom na tę prawdę pisząc: „Niechaj się nikt nie łudzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość”. W tych słowach jest paradoks. Mądry nie może stać się głupim, ale gdy Paweł napisze: „Mądrość tego świata jest głupstwem u Boga”, wszystko staje się jasne.

Prawdziwa mądrość zna wartość upokorzenia. To w nim człowiek odkrywa prawdę o sobie, ludziach, Bogu i w nim doskonali swoją miłość. Jezus prowadzi swoich uczniów drogą upokorzenia w głąb prawdy.

Kościół przez całe wieki wędruje drogą upokorzenia. Najlepiej się rozwijał, gdy był najmocniej upokorzony, a miało to miejsce w okresie prześladowań. Tryumfalizm, bliski kontakt z władzą świecką nigdy nie sprzyja rozwojowi Kościoła, jest bowiem obcy duchowi Ewangelii.

Atak na Kościół trwa nadal. I dziś często można usłyszeć zarzuty zacofania, braku postępu, ograniczenia wolności. Ileż to pretensji mają ludzie do Kościoła, że nie podaje Eucharystii cudzołożnikom, że żąda przygotowania do małżeństwa, że sprzeciwia się antykoncepcji, że surowo karze zabójców dziecka nienarodzonego. Ile zarzutów wysuwa się pod adresem Papieża i jego różnych decyzji. Kościół na co dzień pije wodę upokorzenia. Ale to jest zdrowa woda, która pomaga mu w zdobywaniu Mądrości pochodzącej od Boga.

Upokorzenia zewnętrzne nie są jednak najboleśniejsze. W nich bowiem Kościół może objawiać swoją moc. Odwaga męczenników czyni ich bohaterami. Upokorzenie zewnętrzne często staje się tytułem do chwały.

Znacznie trudniej przyjąć upokorzenie wypływające z własnej słabości. Kościół jest święty, ale Kościół na ziemi jest również grzeszny. Ludzie Kościoła często kompromitują tę świętą instytucję. To jest źródłem upokorzenia.

Lista grzechów popełnianych przez dzieci Kościoła jest bardzo długa i ciągle rośnie. Kościół jest świadom tego i wciąż na nowo podejmuje odpowiedzialność za popełnione w nim zło. Korzystając z łaski sakramentu pojednania, codziennie na nowo zanurza się w Miłosierdziu Boga.

Kościół pamięta upomnienie Pawła: „Jeśli ktoś mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość”. Prawdziwych wartości żadne upokorzenie nie zniszczy, co najwyżej je oczyści i otworzy do nich dostęp dla ludzi mądrych.

Mądrość tego świata polega na dostosowaniu się do opinii otoczenia. Mądrość Ewangelii polega na dostosowaniu się do wymagań Boga, a te często są stawiane wbrew ludzkiej opinii. To nieuchronnie prowadzi do upokorzeń. Otoczenie nie lubi, jak się ktoś z niego wyłamuje. Jezus zaś postawił sprawę jasno: „Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Zażądał tym samym, byśmy dostosowali się do wymagań Boga, nawet za cenę wielkich upokorzeń ze strony otoczenia. Jezus sam dał nam przykład. Ostatecznie droga Kościoła jest drogą krzyżową Mistrza, a ta nie jest niczym innym, jak tylko drogą upokorzenia.

Ks. Edward Staniek

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ