Opowieści podsłuchane
Regina Sobik

Prawdziwy syn

Gdzieś na pustkowiu z studni głębokiej
jakieś niewiasty wodę czerpały
i jak to bywa w zwyczaju kobiet
jedna przed drugą się przechwalały

Dwie z nich mówiły o swoich skarbach
jak wielki talent mieli ich chłopcy
trzecia milczała gdyż miała syna
co talent był mu daleki obcy

Każda z nich Matką kochała szczerze
pierwsza o mało nie pękła z dumy
gdyż syn jej giętki wysportowany
robił fikołki jakby był z gumy

-Twój synek chyba pójdzie do cyrku
takie zdolności trzeba szanować
mój za będzie wielkim artystom
więc na śpiewaka chcę go wychować

Codziennie rano nim słonko wstaje
słowicze arie przy oknie ćwiczy
śpiewa tak pięknie że wszystko milknie
będą sukcesy któż je policzy

Trzecia zaś myśli - Te mają szczęście
mój synek prosty brak mu zdolności
za to kochany jak nikt na świecie
daje mi uśmiech wiele radości

Gdy naczerpały wody do pełna
pora im wreszcie wyruszyć w drogę
wiadra im ciężą jak brył kamienie
ta pierwsza mówi - Ja już nie mogę
muszę odpocząć nie daję rady
ciężar zbyt duży na moje siły
i do pomocy nie ma nikogo
dobrze by chłopcy teraz tu byli

Druga jej na to -Masz słuszną rację
weselej byłoby nam z synami
ten by pofikał a ten zaśpiewał
i jak ich talent osadzić mamy

Może to Pan Bóg wysłuchał życzeń
bo chłopcy śpieszą im na spotkanie
- Popatrz matulu jak umiem fikać
wielki cyrkowiec ze mnie zostanie

-O ! też mi sztuka tylko posłuchaj
ja ja zaśpiewam milknie świat cały
i zaczął śpiewać pięknie i głośno
tak że aż wszyscy się popłakali

Tuż na kamieniu przy samej drodze
usiadł zmęczony jakiś przechodzień
bo on tak samo jak te niewiasty
chodził do studni po wodę co dzień

A że był świadkiem całego zajścia
widział co inni widzieć nie chcieli
gdy syn tej trzeciej chociaż fajtłapa
jako jedyny trudem się dzieli

Odebrał ciężar z matczynych ramion
jeszcze radosnym wita uśmiechem
a że talentu jak inni nie miał
to ani wadą ani też grzechem

Pytają Matki o talent synów
a u przechodnia nietęga mina
gdy odpowiada - Cóż znaczy talent
gdy ja tu widzę jednego syna

Roztropność słowa

W dalekim kraju gdzieś wieki temu
żył pewny starzec słynny z umiaru
niewiele mówił jak już to mądrze
a słowo z szacunkiem zawsze szły w parze

Razu pewnego spotkał człowieka
co karmił innych bezmyślną mową
mój przyjacielu rzecze mu starzec
zważaj co mówisz rusz tępą głową

Musisz się jeszcze wiele natrudzić
by uwierzyli inni Twym słowom
rozważ więc proszę by to co mówisz
było prawdziwie mądrą wymową

Jak mówi stare mądre przysłowie
gdzie mowa srebrem milczenie złotem
a twoje usta są jak ta brama
co zatrzymują przed słów potokiem

Wpuszczone na świat spotkają straże
prawdy potrzeby i uprzejmości
każda z nich pytać będzie o racje
zanim mówione w uszach zagoszczą

Pierwsza zapyta czy są prawdziwe
druga ciekawa o ich potrzebę
trzecia uprzejmość ma w wielkiej cenie
którą się dzieli jak swojskim chlebem

Odpowiedź ma być szczera prawdziwa
będziesz bezwzględnej próbie poddany
kiedy trzy razy TAK im odpowiesz
mogą opuścić ust złotych bramy

Jeżeli odpowiedź będzie niezgodna
lub nutę kłamstwa w sobie miała
a przez to zrani Twojego brata
lepiej by było by tam zostały

Tu nie zaszkodzą przecież żadnemu
a co najwyżej ruszą sumienie
bo wiedz mój drogi gadulstwo wadą
roztropność słowa zaś w wielkiej cenie

Świeca która nigdy nie gaśnie

Na pięknym złotym świeczniku
cztery świece sobie stały
zapalone czyjąś ręką
nikło pokój oświetlały
Smutkiem zionęły ich dusze
a knoty ledwo się tliły
do rozmowy też nieskore
jakby nieobecne były
Milczenie przerwała pierwsza
i tak do sąsiadek rzecze
Jestem Pokój i cóż z tego
kiedyś potrzebna nie przeczę
dziś nikt o mnie się nie troszczy
choćbym zaprzedała duszę
dlatego z bólem i smutkiem
niepotrzebna odejść muszę
Nie widząc sensu istnienia
zgasła biedna z bezsilności
na to Wiara szepce cicho
-ten świat pełen zawiłości
dla ludzi już się nie liczę
i mnie nikt nie potrzebuje
ja też chyba zaraz zgasnę
coś słabo się dzisiaj czuję
Druga tak jak pierwsza świeca
zgasła cicho zrozpaczona
pomógł jej w tym powiew wiatru
by wola była spełniona
Miłość co trzecia z kolei
na świeczniku smutno stała
ona tak jak poprzedniczki
siły świecić już nie miała
-Dzisiaj ludzie jacyś inni
chyba o mnie zapomnieli
nie wiedzą co dać im mogę
od bliskich się odsunęli
I tak zgasła trzecia świeca
za to czwarta nadal płonie
uznała że najważniejsza
- by ogrzać serca i dłonie
Ja nigdy się nie poddaję
wbrew pozorom nie umieram
choćby wszystko było przeciw
wrota pomocy otwieram
Beznadzieja precz odejdzie
kiedy blaskiem ją zapalę
a od płomienia Miłości
ożywię Pokój i Wiarę
Zaś ludzkie dłonie narzędziem
gdy z Nadzieją będą w zmowie
jak rozpalić pozostałe
serce samo im podpowie

O osiołku który chciał być sławnym

Tuż obok Betlejem w drewnianej szopie
mieszkał z innymi osiołek mały
bydlątko teraz tak niepozorne
czynem zadziwi kiedyś świat cały

W miarę jak rosło miało marzenia
chciało by wszyscy go podziwiali
-najpierw nauczę się dobrze latać
pofrunę z górki co widać w dali

Przy próbie lotu potłukł się bardzo
obity zbolały do szopy wrócił
jęczy narzeka że nie miał szczęścia
nie będzie sławny a tak się trudził

-Teraz to muszę zostać śpiewakiem
raniutko pójdę gdzie pastuszkowie
pasają bydło zaśpiewam z nimi
a śpiewam pięknie każdy to powie

I znowu osioł zaliczył wpadkę
bo zamiast śpiewać ryczał okropnie
wtedy zrozumiał śpiew nie dla niego
a tę decyzję podjął pochopnie

Wrócił do szopy bardzo zmęczony
nie wiedzieć kiedy zasnął na sianie
zbudziły go szmery jakieś hałasy
zobaczył dziecię usłyszał granie

To co się stało potem dla osła
było tak bardzo niezrozumiałym
różni królowie nawet bydlęta
podali na twarz przed dzieckiem małym

A to ci sława o jakiej marzę
cóż widać że mnie nie jest pisana
nie będę gorszym jak się pokłonię
i padnę przed nim tu na kolana

To dziecię będzie kimś bardzo ważnym
podobno nawet zostanie królem
lecz nikt z obecnych nie znał przyszłości
co czułe serca napełni bólem

A kiedy doszły straszliwe wieści
o rzeźi jaką zły król zgotował
Ojciec dzieciątka nakazem nieba
w drogę rodzinę pilnie szykował

-Nie będę siedział po daremnicy
muszę im pomóc kiedy potrzeba
ładuj Józefie na moje barki
te Twoje skarby dane od nieba

Uciekać musisz życie ważniejsze
a długa droga nie straszna przecież
matka z dzieciątkiem nie taki ciężar
będzie im dobrze na moim grzbiecie

I powędrował osioł przez miasta
przez wioski piaski dróżki kamienie
by wreszcie pojąć że to nie sława
a pomoc innym nad wyraz w cenie

Roztargniony Anioł

Ulepił Pan Bóg człowieka
a że był mu bardzo drogi
dał w darze ciało i duszę
zdrowe oczy ręce i nogi

Kiedy nacieszył swe oko
tym pięknym dziełem stworzenia
poprosił Anioła mówiąc
masz misję do spełnienia

Zapakuj to cudo w pudełko
tak by wygodnie mu było
i leć ostrożnie kochany
by całe na ziemię trafiło

A mnie się przyda pomocnik
co może pomóc w tym dziele
muszę ulepić ród ludzki
wszak pracy mam bardzo wiele

Anioł nie mogąc odmówić
choć czuł się przy tym okropnie
załatwić tak ważną sprawę
zgodził się zbyt pochopnie

Gdy pudło trochę za małe
on przecież nie jest Bogiem
wcisnąć ten skarb jakoś musi
i posłać w tę całą drogę

Więc wciska upycha na siłę
upssssss.. ręce odleciały
były zbyt kruche i słabe
upchać się wcale nie dały

Chociaż był to wypadek
co prawda niezawiniony
Anioł za mało uważał
bo śpieszył się roztargniony

Wtedy zapłakał żałośnie
jakże naprawi tę szkodę
kiedy to ręce matuli
a on ich straty powodem

Pan Bóg mu na to zmartwiony
tu zrobić nam coś potrzeba
cóż dam Jej wiele talentów
ciiicho.. już się nie gniewam

Rąk nie ma nic straconego
lecz stopy zwinne i zdrowe
dam w nie siłę tak wielką
że będą zawsze jak nowe

I robić będą rzeczy
o których ci się nie śniło
ubiorą ubranka śpioszki
by dziecku cieplutko było

A Tym co wierzą jak dłonie
zastąpić nóg palcami
nauczę jeszcze malować
piękne obrazy ustami

Inspiracją do napisania tego opowiadania była opowieść kobiety niepełnosprawnej której kilkulatek ciągle zadawał pytania dlaczego jest bez rąk.

Zachłanny traci dobry zyskuje

Dwaj Aniołowie wędrując po świecie
szukali noclegu bo późna godzina
zmęczeni pukają do bram pałacu
gdzie żyła w dostatku pewna rodzina

Gospodarz chytrus sknera bez serca
odmówił Aniołom wszelkiej pomocy
i jeszcze wrzeszczał - precz do piwnicy
tam wasze miejsce dzisiejszej nocy-

By zakosztować ludzkiej niedoli
kiedy jej skutki i tak poczują
na twardej dziurawej zimnej podłodze
Wysłańcy Niebios nocleg szykują

Starszy z Aniołów nim jeszcze zasnął
w ścianie zobaczył niewielką dziurę
więc ją załatał nie wiedzieć czemu
by nikt nie ujrzał co jest za murem

Jego towarzysz nie mógł zrozumieć
po co to wszystko wysiłek po co
zaklejać dziurę i to skąpcowi
zamiast pracować lepiej odpocząć

Dnia następnego ruszyli w podróż
zmęczeni drogą o nocleg proszą
ludzi co bieda chlebem powszednim
a dobro i przyjaźń w swym sercu noszą

Uczynny gospodarz na strawę prosi
zapewnia nocleg choć miejsca mało
i usługuje jak jakimś Panom
dzieli się nawet tym co zostało

Kiedy poranek obudził słonko
smutkiem napełnił biedną rodzinę
padła im krowa co żywicielką
daremnie szukać czyjąś przyczynę

-Jak mogłeś zezwolić na takie draństwo
młodszy z Aniołów pojąć nie może
w sprawie biedaków nic nie zrobiłeś
i któż im teraz w biedzie pomoże

-Rzeczy nie zawsze mój drogi bracie
są takie na jakie dziś wyglądają
wkrótce się o tym i Ty przekonasz
jak ważne znaczenie dla Boga mają

Pierwszy gospodarz był bardzo chciwy
a złoto chował w piwnicznej niszy
dla niepoznaki zatkałem dziurę
gdy smacznie spałeś wśród nocnej ciszy
A bogacz niech szuka i tak nie znajdzie
gdyż takie Stwórca dał mi zadanie
ten co nie umie dzielić się z bliźnim
choćby się starał z niczym zostanie
Zaś jeśli chodzi o dobrych ludzi
w ich to przypadku cóż zrobić miałem
krowę co była ich żywicielką
za życie ludzkie przehandlowałem
Kiedy śmierć przyszła po żonę chłopa
mądrym podstępem sprytu użyłem
śmierć skołowana krowę zabrała
a ja się na ten układ zgodziłem
Mniemam że w końcu się przekonałeś
choć nieraz trzeba ponieś ofiarę
zachłanny traci dobry zyskuje
gdy wczoraj historią a dzisiaj darem

Nie umiał przebaczać

W dalekim kraju żył pewien władca
żelazną dłonią rządy sprawował
wymagał wiele nawet od siebie
w rygorze wolność państwa budował

W tym samym kraju żył także człowiek
co nie mógł ścierpieć rządów despoty
narzekał mącił krzyczał że z takim
żyć w zgodzie wcale nie ma ochoty

Władca jak każdy popełniał błędy
posuwał się nawet do nieprawości
wszyscy się nawet zastanawiali
czy to spryt czy też wyraz słabości

Ciągłe wewnętrzne walki i kłótnie
doprowadziły w końcu do tego
że odsunięto od władzy króla
na tron wybrano Pana innego

Tamte idee i zarządzenia
wrzucono jak śmiecie precz do lamusa
kto by się teraz przejmował starym
kiedy los jego wcale nie wzrusza

Nękany chorobą żył w samotności
z dala od ludzi z dala od świata
a to kiedyś było tak ważne
odeszło w przeszłość jak tamte lata

Sumienie jednak jakby ożyło
i zanim ruszył w ostatnią drogę
zrozumiał błędy i złe decyzje
i zdążył przed śmiercią pojednać z Bogiem

A wtedy człowiek co był mu wilkiem
życzył mu piekła i potępienia
zapomniał że i śmierć jego dotyczy
gdyż taki już los każdego istnienia

Staje ów człowiek u bramy nieba
i cóż zastaje i kto go wita
zdenerwowany krzyczy i tupie
-A ten co tu robi gdzie rajska świta
nie będę razem z takim tyranem
to jakaś kukła co nie ma duszy
nie pójdę za nim choćby mnie prosił
mnie to nie bodzie ani nie ruszy

Na to mu Pan Bóg : cóż jesteś wolny
skoro jest taki Twoje życzenie
odejdź do piekieł jak nie pojmujesz
czym miłosierdzie i przebaczenie

Tak to nienawiść zacietrzewienie
niechlubna zgubą człeka się stały
do nieba raju zamknęły bramy
i już na zawsze w piekle zostały

Opowieść o czwartym królu

Zajaśniała gwiazda na suficie nieba
prowadząc przez piaski Trzech Króli ze Wschodu
śladem ich podąża nikomu nieznany
młodzian co jak tamci królewskiego rodu

Jakie Jego imię jakie pochodzenie
nie wiedzą trzej Mędrcy ani inni ludzie
za to wiarę jaka posiadł ten młodzieniec
będzie drogowskazem w betlejemskim cudzie.

Wszyscy oni spieszą do miasta Betlejem
gdzie boża dziecina z Panny narodzona
a każdy ma jakiś prezent dla małego
żeby przepowiednia została spełniona

Mira i kadzidło na dodatek złoto
to prezenty godne dla króla przyszłego
ale dar w postaci kamieni szlachetnych
podarkiem chybionym od króla czwartego

Kiedy król choć młody roztropny i mądry
zabiera ze sobą trzy cenne kamienie
darmo pytać po cóż dzieciątku te dary
kiedy całkiem inne jest ich przeznaczenie

Że w tym wola Boża i tak stać się miało
wkrótce się przekonał młodzian i świat cały
kiedy to na drodze ranny i samotny
z pięcioma ranami leżał chłopczyk mały

Zabrał król dziecinę zaniósł do wsi obok
dał kamień szlachetny za pieczę i leki
a w zamian otrzymał wrażliwość na nędzę
której tyle w świecie co wezbrane rzeki

Po czym ruszył w drogę a wiodła go gwiazda
ta sama co dzielnych Mędrców prowadziła
aż doszedł do miasta gdzie śmierć ojca rodu
rodzinę w rozpaczy wielkiej pogrążyła

Było we zwyczaju ,że po śmierci męża
żona szła w niewolę dzieci też zabrano
jakby były czyjąś własnością lub rzeczą
bez żadnych skrupułów na targu sprzedano

I tym razem kamień szlachetny się przydał
uratował życie wiarę w dobro ludzi
lecz gwiazda zniknęła daremnie jej szukać
na niebie wysokim król czwarty się trudzi

Bijąc się z myślami że dar wrażliwości
który dziecko dało był mu nazbyt drogi
ruszył wprost przed siebie nadzieją wiedziony
aż zawitał w biednej chatki niskie progi

Gdy bieda z nieszczęściem jak siostry bliźniacze
próbują ocalić życie zagrożone
tam kamień szlachetny spełni swoją rolę
by wyroki boskie były wypełnione

Pusta sakwa króla już mu się nie przyda
już nie uratuje ani nie pomoże
została wrażliwość na ludzkie cierpienie
co to w sercu króla jak głębokie morze

I ona tym razem ratowała życie
pewnego wioślarza co ojcem rodziny
tu król bierze brzemię na swoje ramiona
by odpokutować za obce mu winy

A praca wioślarza ciężka i niewdzięczna
gorzkim kęsem chleba walką o przetrwanie
wtedy na dnie serca zrodziła się gwiazda
oświetlając drogę w życia oceanie

Światło jej ogrzało serca i sumienia
król odzyskał wolność ruszył w dalszą drogę
wtedy ta prawdziwa zabłysła na niebie
prowadząc do celu na spotkanie z Bogiem

I doprowadziła króla do stóp góry
gdzie stały trzy krzyże na nich wątłe ciała
gdy nad tym środkowym zapłonęła światłem
łaską bożej mocy którą w sobie miała

Spojrzał król do góry i oczom nie wierzy
do krzyża przybite ciało umęczone
ręce nogi we krwi gwoździami przebite
i jeszcze ta głowa w cierniowej koronie

Ten człowiek na krzyżu to Zbawienie świata
a ja tak tęskniłem chociaż go spotkałem
w wszystkich cierpiących i w dziecku na drodze
chyba byłem ślepy skoro nie widziałem

A te światło gwizdy co mnie prowadziło
było światłem łaski jak i te promienie
co z ran wypłynęły otulając duszę
żebym mógł zrozumieć moje przeznaczenie

Zasłużyła na niebo

Po prostym życiu zmarła niewiasta
co to pogodą byt swój znaczyła
i tak jak każdy co stąd odchodzi
na sąd do Stwórcy pokornie stanęła

Duszyczek wiele z różnych zakątków
stąd i kolejka do Najwyższego
biedna niewiasta pełna obawy
powoli zbliża się do Sędziego

Nastawia uszu by lepiej słyszeć
jak Pan Bóg sądzi człowiecze dusze
co to pomogły bliźnim w potrzebie
gdy ta zaś przeżywa straszne katusze

Tamten ratował życie rannego
ta grosz ostatni biednemu dała
a ona tylko matką i żoną
o dobro rodziny na co dzień dbała

I z czym tu biedna stanie przed Stwórcą
kiedy wielkiego nic nie zrobiła
gdy inni różne zasługi mają
ona po prostu zwyczajnie żyła

Czy Pan Bóg weźmie to pod uwagę
ogromny smutek lekiem napawa
czy Stwórca zechce wziąć ją do nieba
czym bliżej tronu większa obawa

Niewiasta wytęża umysł i myśli
-Żebym choć jeden uczynek miała
co byłby wielki w oczach Sędziego
może bym miejsce w niebie dostała

Z bijącym sercem staje przed Bogiem
Ten się uśmiecha i patrzy czule
-Dziel się Radością moją Ty któraś
tak dzielnie prała moje koszule.

Robiłaś to z serca nie z obowiązku
taki wysiłek docenić muszę
gdy w oczach innych byłaś służącą
ja zobaczyłem uczynną duszę

Wilcza skóra

Przy starej stajni opodal miasta
pasterze swoją trzódkę pasali
bojąc się wilka co w lesie mieszkał
nocą na zmianę wartę trzymali
Wilk to okrutny siał trwogę wielką
podobno taki już instynkt jego
czekał cierpliwie nim mrok zapadnie
by porwać i zjeść baranka małego

Gdy tak czatował czekając chwili
na niebie jasna gwiazda błysnęła
głosząc radośnie całemu światu
że Maria Panna dziecię powiła
Wtedy to Anioł zstąpił na ziemię
budząc pasterzy z snu głębokiego
by poszli do stajni godnie przywitać
przyszłego Zbawcę świata całego

Wilk chociaż głodny śpieszy w ich ślady
ciekawość pali zmysły i oczy
-Jak mogli zostawić owce bez straży
i biec do stajni gdzieś w środku nocy
Nie mogę pojąć ludzkiej głupoty
że można tak dziecku kłaniać się nisko
dawać prezenty gdy bieda gniecie
jak by to było wielkie panisko

Nareszcie poszli sobie pasterze
zasnęli wszyscy śpi też Maryja
wilk wszedł do stajni już zęby szczerzy
.-.Ha !! widać szczęście mi dzisiaj sprzyja
mam wreszcie jadło i to darmowe
Oj!! będzie uczta jakich niewiele
tyle pyszności dawno nie miałem
zjem sam i z nikim się nie podzielę

Wilk z apetytem patrzy na dziecię
smacznie wygląda jak by nie było
otworzył paszczę już łapą sięga
kiedy... dzieciątko się uśmiechnęło

-Dobrze że jesteś kochany wilczku
przecież na ciebie ja też czekałem
chodź cię pogłaszczę przytulę mocno
wiesz ja od razu cię pokochałem

Zapłakał wilczek rzewnymi łzami
nikt tak do niego dotąd nie mówił
nikt nie pogłaskał nikt nie przytulił
nikt nie uśmiechał i nikt nie lubił

I pękła skóra na grzbiecie wilka
wyszedł z niej człowiek zupełnie nowy
taki prawdziwy z krwi i kości
i do pomocy wszystkim gotowy

Ukląkł przed małym całował rączki
czując w swym sercu tyle tkliwości
chciał skrzywdzić dziecię a w zamian dostał
skarb najcenniejszy morze miłości

Prawo wstępu

Zmarł biedaczyna za nim pies jego
jakaż to przyjaźń tak wierną bywa
gdyż obie dusze stoją przed bramą
co dla człowieka Raj się nazywa

Lecz oto napis „Psom wstęp wzbroniony”
staje przeszkodą nie do przebycia
zmartwił się człowiek przecież pies wierny
był przyjacielem do końca życia

Nie przeszedł biedak przez raju wrota
poszedł więc dalej w nicość nieznaną
i tak wędrując razem z psem swoim
stanęli przed drugą tajemną bramą

Nie ma napisu nie ma zakazu
tylko tu wartę trzyma człek stary
kogo pilnuje i na co czeka
za czyje grzechy znosi ofiary

Podchodzi biedak oczom nie wierzy
gdyż w owym starcu Piotra poznaje
co to na ziemi zwany klucznikiem
bo z kluczem nigdy się nie rozstaje

Odzywa się tedy cicho do Piotra
-powiedz mi szczerze co za tą bramą
skoro przed chwilą stałem przed inną
taką z napisem lecz nie tę samą

-Kochany to była brama do Piekła
a ta otwiera Raju podwoje
z radością witam bardzo zapraszam
mam dla was miejsce wejdźcie oboje

-Jak to oboje nic nie rozumiem
tam dusze zwierząt wstępu nie miały
czyżby w tym Raju zupełnie inne
odmienne prawa obowiązywały

Piotr na to -zgodnie z kodeksem Pana
do nieba prawo dostępu mają
te wszystkie wierne oddane dusze
które przyjaciół nie porzucają

Interesowny bogacz

W pewnym miasteczku żył Pan bogaty
co wśród mieszkańców znany był z tego
że choć uprzejmy i gadatliwy
w gościnę przyjmie człeka każdego
W sąsiednim mieście był Mędrzec wielki
któremu wieść o Nim spokój zabrała
wciąż myślał o tym co ludzie mówią
czy to jest plotka czy prawda cała
By się przekonać założył szaty
co lichym nad wyraz odzieniem były
stare przetarte prawie łachmanem
skutecznie wygląd Mędrca zmieniły
Poszedł do Pana do drzwi kołacze
jednak na pomoc liczyć nie może
z takim wyglądem któż mu otworzy
odchodzi więc smutny w cichej pokorze
Ponowi jednak próbę raz drugi
tym razem on będzie bogatym Panem
złote pierścienie sprawią że bogacz
pomyśli że mądrym i szanowanym
Poszedł nazajutrz Mędrzec do miasta
znaną już ścieżką do drzwi podchodzi
zaś bogacz prosi -Wejdź przyjacielu
widać ,że nieźle ci się powodzi
Lecz tylko u mnie znajdziesz gościnę
potrawy o jakich ci się nie śniło
pokrzepisz się miodem i sił nabierzesz
będzie ci tutaj dobrze i miło
Kucharz przyrządzi młodziutkie jagnię
będziesz miał służbę na każde skinienie
Tak przymilając się chytry bogacz
poleca spełnić gościa życzenie
Lecz oto przerwać musiał wywody
bowiem gość zrzuca z stołu potrawy
te zaś lądują na pięknych szatach
i brudzą odzienie jak dla zabawy
-Chyba oszalał niewdzięczny człowiek
a ja tak bardzo mu dogadzałem
czy będę z tego miał jakąś korzyść
chociaż się bardzo bardzo starałem
Na to mu Mędrzec rzecze poważnie
- Z powodu szat moich mnie ugościłeś
a kiedy tu byłem w biednym odzieniu
to nawet drzwi domu nie uchyliłeś
Interesowny przystajesz z Tymi
których bogactwo widać dla oka
pamiętaj nie szata zdobi człowieka
a dobroć szczerość i miłość głęboka

Ósmy cud Świata

W pewnym królestwie żył mądry władca
by oddać hołd Matce od dawna marzył
to Ona mu życie dała w prezencie
dlatego ją wielką miłością darzył

Dekretem powołał „Dzień czczenia Matek”
a święto to miało być wyjątkowe
zwołał do siebie wszystkich poddanych
i tak powtarza słowo po słowie

Moim życzeniem jest aby każdy
przyniósł dla Matki to co tak ceni
pieśni wierszyki bursztyn czy kwiaty
by smutek na twarzy w uśmiech się zmienił

I tak to każdy coś przyniósł Matce
każdy się starał oddać hołd pierwszy
obrazem rzeźbą pieśnią i piórem
kwiatem bursztynem pisanym wierszem

Król tylko patrzał słuchał przeglądał
lecz widać było że zawiedziony
spodziewał się bowiem takiego daru
by tylko dla Matki był przeznaczony

Pośród poddanych znalazł się młodzian
ten co nic nie mógł przynieść w prezencie
jako jedyny ze wszystkich ludzi
miał tylko słowa i puste ręce

Podszedł do króla i tak mu rzecze
patrz na te cuda a jest ich siedem
stworzone przez ludzi ciszą i bawią
a ja przynoszę Ci jeszcze jeden

Te siedem cudów to dzięki Matkom
one rodziły i wychowały
więc proszę Panie uznaj dekretem
by ósmym cudem świata zostały

Siła przyjaźni

Żyli w przyjaźni przez lata całe
godny podziwu duet tworzyli
lecz życie czasem płata psikusy
tak bardzo że obaj się pokłócili

Jak tu wybaczyć maleńką krzywdę
zadany policzek w chwili słabości
a przyjaźń co dotąd oparciem była
odchodzi przez jakieś kłótnie i złości

Gdy ten któremu boleść zadano
niewiele myśląc kijem bazgroli
na suchym piasku niezdarne słowa
„Przyjaciel zawiódł” i to mnie boli

W niepamięć muszę to zło zapisać
i dążyć by dawna przyjaźń przetrwała
może emocje zbyt wzięły górę
albo zła siła zbyt opętała

Na to rozsądek przyszedł z odsieczą
gdyż przyjaciele doszli do zgody
teraz już razem poszli przez piaski
szukać ożywczej i chłodnej wody

I tak wędrując dzień i noc całą
doszli gdzie zieleń i woda kusi
ten pokrzywdzony nie bacząc przestróg
że dno głębokie wykąpać się musi

Skoczył jak suseł prosto w głębiny
cóż kiedy biedak pływać nie umiał
przyjaciel jego śpiesząc z pomocą
powagę sprawy nadto rozumiał

Kiedy wyciągnął na brzeg ofiarę
przeciera oczy w wielkim zdziwieniu
gdyż jego towarzysz chwycił za dłuto
i wyrył taki napis w kamieniu

„Dziś mi przyjaciel życie ocalił”
przeto o kamień nich się pokuszę
a że czyn wielki warty pamięci
w ten właśnie sposób utrwalić go muszę

Zaś drobną krzywdę na piasku pisałem
bez złych zamiarów i bez złych chęci
by wiatr zapomnienia i wybaczenie
fakt ten na zawsze zatarły w pamięci

Siła przyjaźni na tym polega
by nie pamiętać krzywdy doznanej
a dobro wyryć w twardym kamieniu
a nie na piasku kijem pisanym

Jednoroczny król

Wśród burz i szkwałów morskiej otchłani
samotny rozbitek ratunku czeka
dokoła straszno gdy skra nadziei
zbudziła zmysły biednego człeka

Sen to czy jawa ludzie na brzegu
niczym swojego króla witają
i z honorami godnymi władcy
na pięknym tronie gościa sadzają

-Los nam Cię zesłał chociaż przekorny
cieszymy się bardzo że jesteś z nami
króluj nam Panie przez roczek cały
od dziś jesteśmy Twoimi sługami-

-Nie jestem godny takich splendorów
z tego co słyszę mam zostać Panem
rządzić wymagać lecz mam pytanie
co po tym roku w zamian dostanę-

-Przybyłeś do nas z morskiej otchłani
odejdziesz po roku tak zwyczaj każe
przeto korzystaj bo potem tylko
bezludną wyspę dostaniesz w darze -

I po co był mi taki ratunek
niby życzliwych i dobrych ludzi
po co ta władza i ten cyrk z tronem
gdy bliska przyszłość blady strach budzi
Trzeba przedsięwziąć mi jakieś środki
teraz dopóki jeszcze coś mogę
każę zbudować solidne łodzie
by mogły bezpiecznie wypłynąć w drogę
Kierunek daleka bezludna wyspa
co domem będzie na dalsze lata
już ja pomyślę jak uwić gniazdko
tam gdzie jak mówią jest kraniec świata
Nie po to Stwórca dał krztę rozumu
żebym go stracił nie wykorzystał
jak władca każe sługa wykona
na taki układ trzeba im przystać

-A teraz proszę zebrać sadzonki
nasiona owoców warzyw i kwiatów
po parze z każdego gatunku zwierząt
gęsi kur kaczek i innych ptaków
Nasiona zawieś na przyszłe lokum
posiać zasadzić i pielęgnować
a kiedy będą dojrzałe zebrać
zbudować spichlerz i tam je schować
Aby na wyspie znaczonej dotąd
kośćmi nieszczęsnych władców prochami
pracą rak znojnych zakwitło życie
wsparte po prostu mądrymi rządami
A wszyscy Ci którzy tu po mnie przyjdą
niech zrozumieją że władzy siła
tylko chwilowa więc trzeba myśleć
by pożyteczną na przyszłość była

Odwaga czy wygoda

W koronie dębu pośród listowia
mieszkał ptak duży i okazały
silny potężny piękny i mocny
wszyscy mówili że jest wspaniały
Odznaczał się także wielką odwagą
latał daleko za lasy góry
nieraz go czasem ludzie widzieli
jak wzbijał się w niebo gdzieś ponad chmury
Był bardzo dumny ze swoich skrzydeł
których to barwa jaskrawą była
ich upierzenie kształt i budowa
wśród innych ptaków zazdrość budziła
Choć cenił sobie te piękne dary
wyglądem swoim bardzo się chlubił
miał jedną wadę bardzo poważną
jak nikt na świecie wygodę lubił
Dla niej poświęcił by nawet skrzydła
wyskubać pióra to żadna sztuka
dla kogoś kto nie ma oleju we łbie
nic nie pomoże nawet nauka
Z ochotą zabrał się ptak do dzieła
wymościć gniazdo puchem planował
wygodnie lokum przecież mieć musi
a piór i skrzydeł nie będzie żałował
Wyskubał więc pióra jedne po drugim
zbyt szybko i łatwo pozbył się daru
zaś teraz siedzi w gnieździe i płacze
że w zachłanności nie miał umiaru
Cóż z tego że gniazdo piękne wygodne
nie będzie pożytku z tego żadnego
utracił wolność którą tak kochał
i stracił coś co miał bardzo cennego

"Głupi" błazen

Na pewnym dworze w dalekim kraju
panował władca już trochę stary
miał przy swym boku błazna nad błazny
co w żart obracał ludzkie przywary

Król cenił błazna za cięty język
choć widział w nim człeka ciut szalonego
oddając mu berło królewskie rzecze:
-miej je aż znajdziesz od siebie głupszego
wtedy mu oddasz insygnia władzy
będzie to taki prezent od ciebie
ja zaś odpocznę w błogim lenistwie
i będę się starał tylko o siebie-

I tak królowi mijały lata
w lenistwie zabawie oraz próżności
a kiedy poczuł się bardzo chory
prosi niebiosa : -trochę litości
nie mogę odejść nie teraz Panie
wszak przyjaciela pożegnać muszę
sam wiesz że żarty jego dowcipy
były balsamem na moją duszę -

Pan Bóg mu na to :-zrobię wyjątek
tylko czy jesteś na to gotowy
pogadać szczerze tak bez wygłupów
dobrze przygotuj się do rozmowy-

A kiedy błazen wszedł do komnaty
zastał tam króla bardzo chorego
ten kiwnął ręką szepcąc z wysiłkiem
-odchodzę do kraju mi nieznanego-

-A kiedy wrócisz ile zabawisz
miesiące lata czy dłużej może-

-Już tu nie wrócę wszak to nie żarty
nic nie poradzę ….wyroki boże

-Przygotowałeś się na wyprawę
pyta się błazen trochę zmartwiony-

-Nie przyjacielu czasu nie miałem
a teraz jestem bardzo zmęczony-

-Choć prawda kole ja powiem krótko
miałeś zanadto czasu wolnego
zgodnie z umową zwracam Ci berło
ponieważ znalazłem od siebie głupszego-

Bajka o kamiennym chlebie

Na parapecie okna bogatego domu
leżał bochenek chleba prawie nietknięty
zapachem nęcił ludzi zwierzęta
a wyglądał smacznie aczkolwiek pęknięty
Ptaszyska krążyły nad tym darem nieba
rade chociaż mały okruszek skosztować
lecz gospodyni wrzeszczy wniebogłosy
Przez was darmozjady nie będę głodować
Zła przy tym jak osa rękami wywija
więc uciekły ptaki bardzo przestraszone
poleciały dalej na pobliskie pola
tam gdzie rosły łany pszenicy złoconej
Szedł drogą wędrowiec głodny i zmęczony
stanął u drzwi domu prosi Gospodyni
dajcie trochę chleba bo przymieram głodem
wszak maleńka kromka ubytku nie czyni
Od wczoraj nie miałem w ustach kęsa chleba
poprosiłbym także o łyk zimnej wody-
A że baba skąpa już odpowiedź miała
-Ja tu nie pracuję dla czyjeś wygody
nie dam ani kęska to dla mej rodziny
a prośba o wodę naprawdę dobija
nie po to się przecież tak napracowałam
bym karmić musiała lenia włóczykija-
I poszedł wędrowiec gdzieś do dobrych ludzi
co nie skąpią biednym odrobiny chleba
nakarmią napoją uśmiechem obdarzą
rozumieją dobrze że taka potrzeba
Co do gospodyni gdy głodem zmorzona
bierze nóż do ręki i z ławy powstaje
chyba tu czort jakiś kpiny ze mnie robi
nóż nie wchodzi w chlebek kroić się nie daje
Nie może zrozumieć i w głowę zachodzi
przecież wczoraj ciasto rozczyniła w dzieży
a na parapecie zamiast bochna chleba
zwykły duży ciężki kamień sobie leży
Jakże się to stało rozmyśla dnie całe
że choć pracowita dar nieba zgubiła
a ja myślę drodzy że to przez jej skąpstwo
ponieważ z głodnymi się nie podzieliła

Radość dawania

W pewnym klasztorze gdzieś na pustkowiu
gdzie bracia zakonni spokojnie żyli
w szczerej modlitwie poście i pracy
na chwałę Pana służbę pełnili
Podczas posiłku bardzo skromnego
gdzie tylko chleb woda na stole stały
one to dzisiaj ze względu na Piątek
nasycić całe to bractwo miały
Najstarszy z mnichów bardzo uczynny
choć z trudem wielkim do ręki bierze
pełny i ciężki dzban czystej wody
by poczęstować swych braci w wierze
Nalać do kubka łyk czystej wody
trzęsącą się ręką to wielka sztuka
jakim sposobem nikt wody nie chce
gdy On tak szczerze spragnionych szuka
Któż przejrzy myśli zacnych braciszków
szacunek dla starca ich onieśmielił
bo nie wypada by mąż tak zacny
ich obsługiwał i wodą dzielił
Jak nieraz to bywa na całym świecie
zawsze się znajdzie trochę mądrzejszy
tym razem był to najmłodszy z mnichów
On to poprosił o wodę pierwszy
I nie zważając na braci wyrzuty
życzliwym rozsądkiem czyn swój tłumaczy
nie można pozbawić radości dawania
Kogoś dla Kogo tak wiele to znaczy
Ci co nie mogą przyjąć ofiary
troską szacunkiem się zasłaniają
niechaj w pokorze chylą swe czoła
przed Tymi co dar ten dla innych mają

Najlepszy kucharz

Żył w pewnym państwie król wszechpotężny
miał wszystko co tylko świat dać mu może
szlachetne kamienie złoto i srebro
chował do skarbca na swoim dworze
Poddani znosili te cenne dary
bogate godne królewskiej korony
kładli je w skrzyni pięknie zdobionej
i dbali by król był zadowolony
Pośród poddanych był pewien biedak
co tylko zboże mógł dać w prezencie
codziennie przychodził na dwór królewski
by złożyć ten dar w kornej podzięce
Król i dworzanie drwili z biedaka
lecz On nie zrażał się docinkami
choć było mu przykro i nie mógł pojąć
dlaczego król gardzi jego darami
Cierpliwie składał to zboże w skrzyni
uzbierał się nawet zapas niemały
mógłby wyżywić dworu połowę
gdyby okoliczności temu sprzyjały
Niemądry władca nie mógł już patrzeć
na zapas ziarna w swojej komnacie
-Wyrzućcie mi zaraz tę kupę śmieci
dla swego władcy szacunku nie macie -
I wyrzucono razem z biedakiem
calutki zapas do zamku na wieży
gdzie nawet myszy mieszkać nie chciały
gdy ciemno sucho niech sobie leży
Jak los przekorny może być czasem
przekona się wkrótce król i dworzanie
złoto i srebro tu nic nie mogą
gdy zamek kupą gruzu zostanie
Gdy nieprzyjaciel otoczył zamek
chleb i zapasy w oczach topniały
skarby zamknięte w sejfie królewskim
na nic się przecież tu nie przydały
Odsiecz daleko poczekać trzeba
znikąd ratunku znikąd pomocy
jak tu wytrzymać i jak się bronić
gdy głód zagląda załodze w oczy
Wspomniał król wtedy pewnego człeka
co znosił zboże kiedyś w prezencie
- Dajcie biedaka dajcie mu złoto
połowę królestwa oddam w podzięce -
A kiedy stanął biedak przed władcą
kłaniając się nisko rzecze do Niego
nie doceniłeś daru mój Panie
który dawałem z serca szczerego
złotem i srebrem nikt się nie naje
a głód najlepszy na świecie kucharz
gdy niedostatek przywraca rozum
w przewidującym pomocy szukasz

O Mędrcu i śmierci

W stepie dalekim mieszkał człek stary
co radzić umiał jak nikt na świecie
przed jego namiotem zbierały się tłumy
jesienią zimą wiosną i w lecie

Traktował ludzi bardzo poważnie
już On ci wiedział co kogo boli
choć z biegiem czasu sił ubywało
służył jak umiał ludzkiej niedoli

Płynęły lata a jego mądrość
wzrastała niczym ciasto drożdżowe
samotność czasem mu doskwierała
lecz w tej to sprawie nikt nic nie może

Ludzie szeptali że posiadł wiedzę
która tajemną dla zwykłych ludzi
że jakiś układ ma tam na górze
i tylko zazdrość u innych budzi

Razu pewnego późnym wieczorem
gdy światło lampki ledwo się tliło
w namiocie stanął posłaniec niebios
wyglądał strasznie jak by nie było
Surowy zimny aż chłodem wiało
to Anioł śmierci z misją od Boga
-Mam polecenie zabrać Cię z sobą
jutro ostatnia przed Tobą droga -

Zrozumiał starzec że nadszedł koniec
lecz mądrość do czegoś zobowiązuje
od czego rozum i spryt od czego
już coś do jutra wykombinuje
-Uciec od śmierci może się uda
gra warta świeczki będę próbować
muszę przemyśleć co by tu zrobić
trzeba mi jakiś plan przygotować
Dajcie mi konia- woła do służby-
-jadę wykonać pewne zadanie
ciekawe jak śmierć zareaguje
kiedy mnie jutro tu nie zastanie-

Założył uprząż siadł na rumaka
jak młodzieniaszek ruszył przed siebie
dokąd chce uciec przed przeznaczeniem
gdy zapisane jest ono w niebie

Choć mądrość była jego atutem
przeliczył siły w niecne zamiary
boli go serce mięśnie i kości
jak ma nie cierpieć gdy bardzo stary

I padł na ziemię leży jak kłoda
biedny ukradkiem oczy wyciera
lecz jeszcze walczy jeszcze próbuje
kiedy zmęczenie siły odbiera

Zobaczył mędrzec swe przeznaczenie
śmierć która stała przy nim tak blisko
gdy ta machnęła kosą znienacka
i pochyliła się nad nim nisko
-Podjąłeś walkę z góry przegraną
co Twoje siły mocno rujnuje
lecz wiedz kochany nie cierpię jednak
gdy ktoś w ten sposób mnie oszukuje
Nieważne dla mnie twoje mądrości
spryt czy głupota te są dla ludzi
gdziekolwiek byłbyś i tak Cię znajdę
szkoda wysiłku po co się trudzić
A wola Stwórcy na pierwszym miejscu
ja ją wykonać po prostu muszę
lepiej by było byś zamiast ucieczki
ratował najpierw swą grzeszną duszę-.

Mamusia

By móc się urodzić gdy czas się wypełni
małe bezbronne dziecko czekało
lecz nie wie biedne jak tam na ziemi
jak jego życie wyglądać miało

Z pytaniem tym się zwraca do Stwórcy
a Bóg wiadomo wszyściutko może
On wie najlepiej co dobre dla dziecka
więc pośle stróża co mu pomoże

-Anioł na ziemi już czekać będzie
otoczy opieką jak nikt na świecie
utuli do snu piosnkę zaśpiewa
tak że szczęśliwi razem będziecie -

-Jak będę rozmawiał z moim Aniołem
w jakim języku gdy nie znam żadnego
jak wytłumaczy co znaczy dobro
nauczy mówić mnie maleńkiego-

-Nie kłopocz się dziecię to prosta sprawa
na zapas się nie martw nic się nie stanie
jego cierpliwość jest jak ze stali
mowa choć trudna lekką się stanie -

-A kiedy będę chciał porozmawiać
z Tobą mój Panie co muszę zrobić-
-Anioł pomoże z wielką ochotą
złoży Twe rączki nauczy modlić -

-Słyszałam na ziemi są też źli ludzie
jestem za mały kto mnie ochroni -
-Za Ciebie odda nawet swe życie
i od wszystkiego złego obroni -

-Kto mi pokaże drogę do Ciebie -
kto poprowadzi przez życia ścieżki
kto będzie z piasku budował zamki
lepił bałwana i rzucał śnieżki -

Zabawa z Tobą to sama radość
zresztą kochany On Ci to powie
gdy zbłądzisz nauczy powrotów do mnie
chociaż ja stoję zawsze przy Tobie

-Zgadzam się Panie tylko mi powiedz
imię mojego dobrego Anioła-
-imię kochanie nie ma znaczenia
po prostu będziesz MAMUSIU wołał

Najpiękniejszy dar

Szukali raz pewni ludzie
pięknego skarbu na ziemi
takiego co byłby w stanie
ich los na lepszy odmienić
Choć przeszli całą planetę
nic nie znaleźli dla siebie
więc poprosili o dar ten
samego Pana w niebie
Pan Bóg wysłuchał uważnie
wszak czuły na prośby ludzi
bo przecież gdy świat tworzył
to nie po darmo się trudził
Na niebie umieścił gwiazdki
co w nocy jasno świeciły
na ziemi kwiaty jak tęcza
by ludzkie oko cieszyły
A pustkę pomiędzy nimi
wypełnić mu czymś potrzeba
by była takim łącznikiem
piękna ziemi i nieba
Już On wie co najlepsze
co ludziom radość przyniesie
w dni szare i nijakie
wesoły promyczek wniesie
Jeżeli go ktoś zobaczy
zostanie nim porażony
i będzie chciał jeszcze więcej
pięknem zauroczony
Tym darem szczery uśmiech
i prawie nic nie kosztuje
a życie czyni piękniejszym
gdy człowiek go sercem czuje

Skarb dla Boga

W kraju gdzie góry sięgają nieba
mieszkała bardzo bogata wdowa
a że samotna szczęścia szukała
by zacząć swoje życie od nowa

Odeszła nagle nie pojednawszy
się nawet z ludźmi i Stwórcą w niebie
trzeba jej było wszystko zostawić
kiedy Pan niebios wezwał do siebie

Stanęła przed bramą rajskiego grodu
kołacze do drzwi stuka i woła
-Wpuść mnie o Panie brama zamknięta
któż ją otworzyć bez Ciebie zdoła-

-Córko ma droga Pan Bóg jej rzecze
nie wejdziesz do raju za grzechy Twoje
lecz możesz jeszcze wszystko naprawić
tylko wypełnisz nakazy moje
Wrócisz na ziemię poszukasz skarbu
ale takiego by był mi drogi
jeżeli uznam że najcenniejszy
otwarte będą Ci niebios progi -

Wróciła na ziemię bardzo zmartwiona
poszukać skarbu nie łatwa sprawa
i czy dla Boga będzie najmilszy
stąd wielka troska stąd ta obawa

W niewielkim mieście zginął młodzieniec
za wiarę oddał swe młode życie
-wezmę kropelki krwi męczennika
Bóg mnie nagrodzi za to sowicie -

Szybko zebrała kropli krwi parę
jak perły drogie niesie do Pana
widocznie dar ten nie był tak cenny
gdyż dalej raju zamknięta brama

Wróciła wdowa po skarb na ziemię
szuka i szuka znaleźć nie może
a kropla potu pewnego człeka
na pewno tym razem jej dopomoże

To człowiek pokornie znosił swe brzemię
modlitwą pracą na chwałę Pana
czy może tym razem będzie inaczej
skoro nie wszystkim ta łaska dana

I znowu rajska brama zamknięta
tylko Anioły wstęp tutaj mają
jedne posłusznie lecą na ziemię
inne radosne z ziemi wracają

Wróciła wdowa w ziemskie pielesze
usiadła na ławce tak wykończona
już nie da rady już nie ma siły
-chyba się poddam jestem zmęczona-

A obok dzieci w cieniu fontanny
wesołe radosne i roześmiane
serduszka jeszcze czyste bez grzechu
łapią kropelki rosą rozsiane

Tak zapatrzona w te piękne dusze
i rozmyślając o swej niedoli
nie mogła widzieć wojaka butnego
co tu się zjawił prosto z niewoli

Uzyskał wolność dzięki intrydze
znaczony piętnem złego człowieka
wiedziony jakąś siłą i mocą
koń przyprowadził go tu z daleka

Kiedy nachylił się żołnierz butny
nad wodą co koi nie tylko chłodem
chcąc umyć ręce zgasić pragnienie
od jego oblicza powiało lodem

Wtedy zobaczył w odbitej tafli
twarz wykrzywioną grymasem złości
i grzechy wyryte bruzdami zmarszczek
-O Panie przebacz me nieprawości
za wszystkie winy przepraszam szczerze
Twe serce przecież nie jest z kamienia
przyjmij mą prośbę i ocal duszę
daj grzesznikowi łaskę zbawienia-

A kiedy zapłakał gorzko boleśnie
że tak zmarnował dane mu życie
niewiasta widząc te łez potoki
jedną łzę małą otarła skrycie

Jak diament zaniosła przed bramy raju
próbując zrozumieć wyroki nieba
bo teraz sam Bóg otworzył bramę
gdyż skarbu takiego było mu trzeba

Ludzkiego żalu za wszystkie winy
za złości krzywdy duże i małe
które sprawiły mu tyle bólu
przybiły do krzyża ciało zbolałe

Zła baba

Gdzieś w małej wiosce na końcu świata
gdzie chlebem codziennym był niedostatek
żyła bogata bardzo zła baba
nie miała męża ani też dziatek

Kiedy umarła żaden nie płakał
bo nawet na łzy zasłużyć trzeba
i tylko diabeł skakał z radości
że chciwe babsko stratą dla nieba

Porwał więc duszę okropnej baby
w ogniste piekielne jezioro wrzucił
widząc to Anioł z pomocą śpieszy
lecz musiał biedak z drogi zawrócić

Ogień piekielny spali mu skrzydła
i jak doleci potem do nieba
a że był baby Aniołem Stróżem
jakoś ratować mu ją potrzeba

Czy to możliwe by ta niewiasta
nie miała uczynku nawet takiego
co by mógł świadczyć o jej dobroci
i byłby świadectwem dla Wszechmocnego

Kiedy tak dumał przypomniał sobie
jak to żebraczce raz jeden dała
z serca szczerego dużą cebulę
którą to z grządki swojej wyrwała

Pan Bóg mu na to weź tę cebulę
wrzuć do otchłani gdzie ogień płonie
a jak ją złapie wtedy zobaczysz
czy baba miała życzliwe dłonie

Jeśli wyciągniesz ją jakimś cudem
niech sobie idzie baba do raju
jeżeli cebula zaś się oberwie
pozostać musi w piekielnym kraju

Poleciał Anioł biedną ratować
nie będzie sprzeciwiał się Bożej woli
-masz tu cebulę złap się i trzymaj
ja będę ciągnął bardzo powoli -

Gdy inni grzesznicy tylko wyczuli
jak się wydostać z piekła otchłani
złapali za nogi chytrą niewiastę
nie bacząc na to że są przegrani

Ta zaś ich strąca w piekielny ogień
gdyż tylko jej samej pomoc się marzy
w tej całej złości puściła cebulę
wpadła do piekła i dotąd się smaży

Zapłakał Anioł na duszą baby
- że szansę poprawy od Boga miała
a nasiąknięta złem i pogardą
prawdziwie docenić jej nie umiała

Wartość mowy

W pewnym miasteczku gdzieś na uboczu
mieszkali sobie dwaj przyjaciele
jeden spokojnie przeżył swe życie
chociaż do powiedzenia miał bardzo wiele
Nie wiedział biedak co ma z tym zrobić
zawsze był w cieniu Tego drugiego
miał jednak jedną cenną zaletę
umiał docenić człowieka mądrego
Ten drugi za to zbyt wiele mówił
choć była to tylko czcza pusta mowa
to zyskał szacunek i poważanie
bo masy lubiły te wielkie słowa
A kiedy przeniósł się do wieczności
ledwo wspomnienia po nim zostały
te wielkie słowa kiedyś znaczące
do nowych czasów nie pasowały
Czy coś zostało z tej gadaniny
gdy nic nie było do ocalenia
żadnej wartości ani przykładu
poszły w niepamięć nawet wspomnienia
Ten co żył w cieniu Tego drugiego
zostawił po siebie ziarenko małe
które zasiane w sercu Swych synów
przyniosło owoce nad wyraz wspaniałe
Przekazywane na pokolenia
było mądrością i dekalogiem
taką prawdziwą życiową drogą
w zgodzie z prawem ludźmi i Bogiem

Najszlachetniejszy siostrzeniec

W dalekim kraju żył mądry człowiek
co pracą uczciwą majątek mnożył
nie miał On żony i dzieci nie miał
i tak samotny sędziwych lat dożył
Trzej dzielni siostrzeńcy byli rodziną
trzeba więc spadek przekazać jednemu
temu co mądrze wyda pieniądze
które podzielił po równo każdemu
-Ten najsprytniejszy dostanie wszystko
na co tak ciężko zapracowałem
macie więc równą sumę pieniędzy
nie wydawajcie więcej niż dałem
Musicie kupić coś tak wielkiego
żeby mój pokój był zapełniony
a macie na to zadanie dzionek
ruszajcie hożo by nie był stracony -
Więc wyruszyli rankiem do miasta
bo muszą jakieś zakupy zrobić
śpieszą się bardzo by zdążyć na czas
żeby się łatwo majątku dorobić
Kiedy ostatni promyczek słonka
za horyzontem właśnie się schował
stanęli przed wujem by się pokazać
co który skrzętnie na wozie chował
Pierwszy przytaszczył lekki styropian
co wnet zapełnił pokój calutki
drugi poduszki duże i lekkie
a w nich puch gęsi biały mięciutki
Ten trzeci smutny bo nic nie przyniósł
choć i On wydał sakwę pieniędzy
część z nich przeznaczył potrzebującym
co nic nie mieli i żyli w nędzy
Zaś za tę resztę kupił zapałki
i duże grube woskowe świece
drwią z niego bracia że głupi jak but
i nie dostanie nad spadkiem pieczy
Lecz gdy zapalił świece woskowe
ich światło jasne wnet wypełniło
calutki pokój wszystkie zakątki
zrobiło się ciepło radośnie miło
I dostrzegł starzec że ten młodzieniec
z całej rodziny jest najmądrzejszym
On to najlepiej wypełnił zadanie
i był z nich wszystkich najszlachetniejszym
Oddał mu spadek pobłogosławił
bo pieniądz przecież to rzecz nabyta
a hojna i dobra dusza młodzieńca
wiarą w człowieka w sercu zakwita

Miłość Matki

W biednej chatynce nad snem dzieciny
stroskana matka noce czuwała
dziecina chora blada jak ściana
z trudem choć wielkim wciąż oddychała
Złośliwy los przygnał tu z stron dalekich
starca nad wyraz trochę dziwnego
jak liść na wietrze drżącego z zimna
o chłodnym spojrzeniu bardzo strasznego
To Anioł śmierci zstąpił na ziemię
zabrał dzieciątko w rajskie przestworza
choć serce Matki z żałości pęka
taką musiała być wola boża
I poszła szukać Matula dziecię
rozpaczą wiedziona jak oszalała
gdy na swej drodze ciemną jak sadza
gotową pomóc nockę spotkała
Pani ciemności za swoje rady
a że za darmo nic być nie może
żąda piosenki co ją utuli
i snem spokojnym zasnąć pomoże
Spełniła Matuś nocki żądanie
i rusza dalej ciernistą drogą
gdzie ostre kolce kalecząc ciało
tylko w ten sposób pomóc jej mogą
I jeszcze proszą by je przytulić
do serca mocno tak aż zaboli
bo chcą się ogrzać ciepłem miłości
by móc zakwitnąć kwiatkiem niedoli
I to życzenie Matka spełniła
gdy nowa na drodze staje przeszkoda
nie do przebycia i przepłynięcia
to duża jak morze głęboka woda
Cóż teraz począć znikąd pomocy
płacze Matula rzewnymi łzami
te łzy ratunkiem wkrótce się staną
drogocennymi jak kryształ perłami
Upadły bowiem na dno jeziora
którego władca docenić umiał
to piękno wyryte Matuli łzami
ich siłę wnet pojął i moc zrozumiał
Przywołał fale by Ją zaniosły
bezpiecznie taflą na brzeg jeziora
bo uznał że dość już tułaczej doli
i poznać prawdę nadeszła pora
A serce Matki tak kochające
tu Ją przywiodło na koniec świata
tam gdzie porządku pilnuje Anioł
i czyny ludzkie skrzydłem wymiata
Szuka Matula pośród ogrodu
wśród wielu kwiatów tego jednego
gdzie bije tylko znanym jej rytmem
serduszko jej dziecka ukochanego
Już prawie znalazła już ręką sięga
gdy śmierć okrutna staje na drodze
oj nie da Matka nie da go zerwać
jak Go obroni drży cała w trwodze
Gdy nitka życia jest w ręku Boga
a i ze śmiercią się nie targuje
nieszczęsna kobieta nic nie rozumie
dwa kwiaty życia zerwać próbuje
By uratować dziecię przed śmiercią
nie bacząc że inni też Matki mają
które też cierpią tak jak i Ona
bo swoje dzieci bardzo kochają
Gdy zobaczyła krwawiące serca
i płacz okrutny czyjeś niedoli
już Ona nie chce rozpaczy Matek
już raczej dziecię swe oddać woli
Śmierć wykonuje wyroki boże
ale też nie jest przecież z kamienia
pokaże Matce krainę szczęścia
tę dokąd zabiera małego Syna
Bo Miłość Matki tak ją wzruszyła
gdyż nie ma większego skarbu na świecie
gotowa na trudy i poświęcenia
kocha nad życie to swoje dziecię

Prawdziwy sen

Po ciężkiej harówce dnia codziennego
usiadł pod drzewem człowiek zmęczony
chciał bowiem sobie odpocząć chwilę
nie wiedząc kiedy zasnął znużony

Wtedy Bóg zesłał mu sen prawdziwy
jak kadry z filmu pełnych wydarzeń
co snem nie były tylko przeszłością
migały scenami życiowych zdarzeń

Szedł człowiek brzegiem po piasku plaży
ślady podwójne znaczyły mu drogę
a w tej wędrówce nie był samotny
szedł bowiem razem ze Swoim Bogiem

Kiedy kres drogi dobiegał końca
odwrócił się człowiek wielce zdziwiony
to co zobaczył było tak dziwne
że stanął biedak tym zaskoczony

Bowiem na piasku były odcinki
gdzie pojedyncze ślady zostały
mocne głębokie pięknie odbite
ale do niego nie należały

I poczuł człowiek że te odcinki
były w okresie życiowej burzy
gdy cierpiał albo ze szczęścia szalał
kiedy był małym czy też już dużym

I rzecze człowiek do Pana Boga
-Cóż Ojcze drogi pojąć nie mogę
wszak obiecałeś że pójdziesz ze mną
jeżeli wybiorę właściwą drogę

A tu te ślady stóp pojedyncze
nic nie rozumiem gdzie wtedy byłem
przecież to Twoje widać wyraźnie
czy ja się po drodze gdzieś zagubiłem

I czy mnie wtedy nie zostawiłeś
samemu sobie gdy tak cierpiałem
ja człowiek słaby nie mogłem wiele
jakże ja Ciebie potrzebowałem -

Ojciec mu na to - kocham Cię Synu
i nigdy Ciebie nie opuściłem
ślad pojedynczy to gdy cierpiałeś
bo ja Cię wtedy na rękach nosiłem -

Doskonały Ojciec

Męczył się Pan Bóg by stworzyć Ojca
takiego co miałby być doskonały
wysoki silny mądry i dobry
by wszystkie dzieci go uwielbiały
Stwórca miał wszystko zaplanowane
już On ci wiedział jak Go zbudować
ręce i nogi muszą być duże
żeby proporcje jakieś zachować
Przyglądał się temu tworzeniu Anioł
którego ciekawość tu skądś przygnała
nigdy nie widział takiej istoty
żeby kończyny tak duże miała
Dlatego pyta wciąż Pana Boga
bo tu nie widzi żadnej przyczyny
dłonie i stopy duże jak kajak
do czegóż potrzebne takie kończyny
Wzrost za wysoki jak na mężczyznę
gdy będzie mniejszy nic się nie stanie
zająć się dzieckiem nawet nie może
przełamie się na pół gdy tylko wstanie
Nie zapnie kokardy ani guzika
w bucie sznurówek nie zasznuruje
może nadepnąć na nóżki malca
zrobić mu krzywdę i nie poczuje
-Mój przyjacielu Pan Bóg mu na to
ludzkim umysłem pojmujesz sprawy
musisz się jeszcze wiele nauczyć
zanim nabierzesz w logice wprawy
Gdybym uczynił Ojca ciut mniejszym
dzieci nie czułyby Jego siły
nie mogłyby przecież zadzierać główek
kiedy na Niego będą patrzyły
A ta dłoń duża silnego Ojca
drobiazgi dzieci w sobie pomieści
gdyż małe dłonie nigdy nie schowią
tego co kieszeń dziecięca mieści
Zaś nogi no cóż..... też pożyteczne
czy sens wielkości ich pojąć umiesz
będą chodziły na spacer z dziećmi
tak prostą sprawę chyba rozumiesz -
Stwórca dał jeszcze Ojcu dwa dary
to głos spokojny wyrozumiały
i mądre oczy co wszystko widzą
żeby dzieciaki mu zaufały
I jeszcze łezkę taką maleńką
by nikt jej nie dostrzegł nawet gdy szlocha
przecież to Ojciec tak jak i matka
będzie prawdziwie swe dzieci kochać

Ukryta siła

Na pewnym wzgórzu pośród kamieni
stał klasztor mały i bardzo stary
żył tu zakonnik co pisał księgi
pełne mądrości i pełne wiary
Jak opowiada pewna legenda
szukając mądrej życiowej drogi
gdy dzwony biły na Anioł Pański
człowiek zawitał w te skromne progi
A że tu przyszedł w konkretnej sprawie
pytać od razu tak nie wypada
chwaląc więc imię Pana Naszego
myśli jak by tu mnicha zagadać

-Ojcze zazdroszczę takiej mądrości
przecież to cecha niepospolita
skądże się bierze ten dar u Ciebie
dla mnie to sprawa niesamowita-
-Zazdrościć darów których nie mamy
to brzydka wada Bogu niemiła
chodź ze mną bracie wtedy zobaczysz
gdzie tak naprawdę ukryta siła-

I zaprowadził mnich przyjaciela
gdzie brat w ogrodzie ciężko pracował
przystrzygał krzewy kopał rabaty
plewił podlewał i pielęgnował
A kiedy już był bardzo zmęczony
do szczerej modlitwy ręce podnosił
w modlitwie widział mądrości siłę
w modlitwie dziękował modlitwą prosił

-Widzisz mój drogi to jest ta siła
bo sama mądrość z niej tu wypływa
większa niż ta co w księgach zawarta
jest jak roztropnych panien oliwa-

Eliksir Nieśmiertelności

Szukając nieśmiertelności
wędrował po całym świecie
zimą po śniegu i lodzie
i skwarnym słonku w lecie
Aż spotkał na swej drodze
człowieka trochę dziwnego
jakby nie z tego świata
i bardzo czymś przejętego

-Szukałeś mnie tak długo
a ja czekałem na Ciebie
chcę Ci dać coś czego nie masz
a mają inni w niebie
To skarb nad wszystkie skarby
Eliksir nieśmiertelności
postawię tylko warunek
dążenie do świętości
To nowy etap w życiu
i jedna jedyna droga
wprowadzona w codzienność
prowadzi prosto do Boga
A świętość mój drogi Synu
to dar i trudne zadanie
ja Ci ją przeznaczyłem
to Twoje powołanie -

Zadumał się człowiek wielce
bo przecież nic nie rozumie
musi mieć jakieś wskazówki
gdyż żyć w świętości nie umie

-Mam tu dla Ciebie gwarancję
i sam się wkrótce przekonasz
od Ewangelii żyć zacznij
to to zadanie wykonasz
W tej księdze zawarte słowa
Moje i Ojca Mojego
taka instrukcja obsługi
co zmieni Cię na świętego
Zrozumiesz czym sakramenty
Pokuty i Pojednania
czym uczta Eucharystii
radość z bliskiego spotkania
Jak wielka to tajemnica
gdy uczestnikiem jej będziesz
za Moje męki cierpienie
życie wieczne posiądziesz
Gdy działa ci się krzywda
razem z Tobą cierpiałem
dla Ciebie umarłem na krzyżu
dla Ciebie też Zmartwychwstałem
I będę czekał tak długo
aż mnie zaprosisz do Siebie
ja twoim eliksirem
na życie wieczne w niebie -

Boża wola

Był sobie człowiek bardzo ciekawy
który chciał poznać zamysły Boga
dlaczego los ludzi różnie wygląda
i jaką być może życiowa droga
A że ciekawość stopniem do piekła
niech się przekona ten niedowiarek
co to żył przecież w imię zasady
że Bogu świeczkę diabłu ogarek
Anioł posłany z nieba na ziemię
gdzie zły i dobry w sąsiedztwie żyli
pokaże światu co to przewrotność
tych co przez lata skłóceni byli
Oto zły człowiek dobrego darzy
kielichem wina tak wybornego
ten go przyjmuje na znak przyjaźni
nie żywiąc urazy do brata swego
Lecz kiedy nocka mrokiem spłynęła
za sprawą Anioła rzecz ta się stała
kielich z powrotem wrócił do tego
którego ręka zbrodniczą być miała
Anioł prowadzi dalej swe gierki
bawiąc się losem marnej istoty
podpala chatę biednego człeka
w miejscu gdzie leży cenny skarb złoty
Gdy dzieło zniszczenia dobiegło końca
siedli nad brzegiem niewielkiej rzeczki
a której stara spróchniała kładka
nie zachęcała do dalszej wycieczki
Towarzysz Anioła strudzony bardzo
nim zasnął spostrzegł na brzegu ludzi
to ojciec pijany z dzieckiem na ręku
by przejść przez kładkę strasznie się trudzi
Tym razem Anioł był bezlitosny
wrzucając do rzeki ojca i syna
utonął synek w wirze głębokim
cóż teraz zrobi biedna rodzina
Człowiek nie mogąc znieś tego dłużej
krzyczy że Anioł to diabeł wcielony
kradnie podpala pozbawia życia
już z Nim nie pójdzie bo jest wkurzony
Anioł mu na to -w pierwszym przypadku
chociaż logika temu przeczyła
uratowałem tego człowieka
w kielichu straszna trucizna była
Zaś wolą Stwórcy w drugim wypadku
było by człowiek stał się bogaty
ten co nic nie miał znalazł skarb wielki
na zgliszczach starej spalonej chaty
A śmierć dziecięcia tak niewinnego
sprawiła powrót ojca do Boga
po głupim rozwiązłym życiu zrozumiał
że to nie tędy prowadzi droga
Tak wiedz mój drogi życzeniem Pana
by człowiek poddał się Jego woli
to rozwiązanie najlepszym będzie
wbrew temu że nieraz tak strasznie boli

Trzy drzewa

Gdzieś za górami na końcu świata
na małej polanie trzy drzewa rosły
a każde miało jakieś marzenie
i chciało czym prędzej doczekać wiosny

Pierwsze z nich zostać ma piękną skrzynią
co mieści wszelkie bogactwo świata
drugie pragnęło być wielkim statkiem
pływać po morzach przez długie lata

Te trzecie chciało sięgnąć do nieba
by być najbliżej samego Boga
wtedy naprawdę będzie szczęśliwe
nie straszna mu zamieć i burzy trwoga

Rosły beztrosko tak sobie marząc
lecz niezbadane wyroki nieba
bo przyszli jacyś bezduszni drwale
i bez skrupułów ścięli trzy drzewa

Kiedy zabrano je do tartaku
o mało biedne się popłakały
bo ich marzenia o przeznaczeniu
po prostu zwykłą fikcją się stały

Z pierwszego zrobiono żłób do stajenki
z którego bydlątka sianko jadały
z drugiego człowiek zbudował łódkę
z tego trzeciego krzyż doskonały

W żłobie złożono dzieciątko małe
skarb to największy na całym świecie
bydlątka i ludzie mu się kłaniali
i pozdrawiali to małe dziecię

Łódka służyła dzielnym rybakom
podczas ich małych morskich podróży
na swym pokładzie miała człowieka
który uciszał sztormy i burze

Krzyż wykonany z trzeciego drzewa
został symbolem krwawej ofiary
na nim zawisło Zbawienie świata
by lud żałujący uniknął kary

Mijały miesiące lata i wieki
nim drzewa pojęły sens przeznaczenia
przecież tak służąc na chwałę Pana
spełniły swoje skryte marzenia

Jak Pan Bóg stworzył Matkę

Zapragnął Pan Bóg stworzyć istotę
co będzie taką prawdziwą Mamą
musi nadawać się do wszystkiego
a jednocześnie być wielką damą
Piękna troskliwa ciepła i miła
dobrocią leczyć wszystkie choroby
posiadać do pracy kilka par dłoni
i trzy pary oczu dookoła głowy
Przyleciał Anioł żeby zobaczyć
ten model Matki tak doskonały
co wszystko może zrobić dla innych
-po prostu cudo jakie wspaniałe
Tylko ten nadmiar kończyn i oczu
aż tak potrzebne po co i komu
wystarczą dwie ręce i para oczu
by zrobić jakiś porządek w domu-
-Widzę kochany że nie pojmujesz
zbyt słaba i krucha jest Twoja wiara
trzy pary oczu to tylko minimum
kiedy do pracy starczy rąk para
Do tego oczy są najważniejsze
matka ich przecież wiele mieć musi
by dużo widzieć i wszystko wiedzieć
co robią jej dzieci i co je kusi
Ta pierwsza widzi to co w zasięgu
ta druga jest jakby troszeczkę inna
bo tylko to czego oglądać nie może
a o czym koniecznie wiedzieć powinna
Co zaś do trzeciej schowana głęboko
by w razie czego sercem patrzała
i ona będzie tu najważniejsza
miłością troską się kierowała
Jeżeli chodzi o pracowitość
udało mi się jakoś pogodzić
by jedna rąk para Waszej Matuli
umiała wszystko dla wszystkich zrobić
Gotować obiad prawie z niczego
sama wyzdrowieć jeśli jest chora
a nawet gdy przyjdzie taka konieczność
godnie zastąpić zielarza doktora -
-Jak dla mnie Panie zbyt delikatna
takie chucherko co zrobić może
powinna być duża twarda jak skała
i silna jak koń mój Wielki Boże -
-Zanim zrozumiesz upłyną lata
co może osiągnąć wytrzymać mama
a jak potrafi potrafi walczyć o swoje
chociaż w tym względzie jest tylko sama-
Anioł był dalej tak dociekliwy
że drążył temat nie bez przyczyny
bo po jej twarzy krople spływały
nie widział biedny z czyjej to winy
I nie mógł pojąć do czego służą
te małe słone kropelki wody
co wyrażają i o czym mówią
czy tylko znakiem żeńskiej urody
-Te krople wody jak je nazywasz
to łzy radości smutku rozpaczy
by każdy poczuł jak kochać umie
jak wiele dla niej ta miłość znaczy -

Ciernisty krzew

W pewnym ogrodzie na półce skalnej
wśród śpiewu ptaków i szumu drzew
gdzie róże pysznią się swoim pięknem
rósł niepozorny ciernisty krzew

Nie był on tutaj mile widzianym
wszyscy patrzyli na niego z góry
ranił odstraszał ludzie zwierzęta
uznano go przeto za wybryk natury

Nie miał przyjaciół krewnych znajomych
choć kuzynostwem róże mu były
i tylko odważne i dzielne ptaki
na szczycie kolców swe gniazda wiły

Uznały że tutaj bardzo bezpiecznie
by mogły swoje potomstwo chować
żaden zwierz chytry i ptak drapieżny
nie będzie pośród kolców buszować

Spokój i cisza trwały by wiecznie
gdyby nie pewne dziwne zdarzenie
a to za sprawą żołnierza rzymskiego
co szukał cierni na czyjeś zlecenie

A kiedy znalazł ucieszył się wielce
dostanie za to srebrników parę
korona z cierni wszak dla skazańca
iście prawdziwym królewskim darem

Ten wieniec bólu wśród uciech gawiedzi
założył na skronie pewnego człeka
za jakie grzechy ów cierpieć musi
gdy ludzka podłość głęboka jak rzeka

Wszystkie zwierzęta ptaki i krzewy
czekały na rozwój smutnych wydarzeń
aż doszły wieści że umarł na krzyżu
Ten co ofiarą okrutnych zdarzeń

A krzew ciernisty nie zaznał spokoju
że niewinnemu cierniem ból zadał
gdyby tylko mógł nie oddał by kolców
lecz taką mocą biedny nie władał

Gdy dnia trzeciego świątecznym rankiem
zasypiał krzew bardzo bardzo zmęczony
przyszedł do niego Ten co wstał z grobu
by zwrócić kolce cierniowej korony

Korona była jak szczere złoto
zamiast krwi róży szkarłatnej płatki
od tego czasu ten krzew ciernisty
posiada te piękne maleńkie kwiatki

Miara wdzięczności

W dalekim kraju na końcu świata
władca obchodził swe urodziny
czekał podarków życzeń pamięci
od książąt chłopów i od rodziny
Ofiarodawców było bez liku
gdyż wszyscy swego króla kochali
a że uczciwym i mądrze rządził
tym chętniej władcę obdarowali
Srebrnym kielichem i płótnem drogim
tkaniną haftem złotym zdobioną
herbatą ziołem przyprawą korzenną
zza siedmiu mórz tu sprowadzoną
Bo podarować prezent dla władcy
to najważniejsza rzecz dla każdego
a więc się cieszą fakt ten świętują
że dostąpili zaszczytu tego
Lecz oto jakaś wieśniaczka stara
przed sam tron króla powoli człapie
wyciąga prezent taki że król się
zakłopotany za głowę łapie
A był to kłębek bielutkiej wełny
co z takim trudem przędła przez lata
chociaż od serca podarowany
gdzież jej się równać z darami świata
Przepych bogactwo obce jej oczom
dla niej to jakby dwa różne światy
wśród kpin i śmiechów nieczułych ludzi
odeszła biedna do swojej chaty
Do domu jeszcze daleka droga
a wokół ciemno i gęste lasy
boi się bardzo pośrodku głuszy
kiedy dobiegły do niej hałasy
Horda rycerzy rozciąga kłębek
bielutkiej przędzy wokół jej domu
i cóż tu począć biednej staruszce
gdy nie ma pożalić się nawet komu
Nie martw się babciu wszak darem serca
sprawiłaś władcy wiele radości
On się odwdzięczył będziesz bogata
bo Twoją miarą znaczy Ci włości

Opowieść o trzech braciach

Wędrowali po świecie przez długie lata
trzej bracia co swego miejsca szukali
Dostatek Sukces i wreszcie Miłość
takie imiona na chrzcie dostali
Razu pewnego zmęczeni podróżą
usiedli w cieniu dużego drzewa
tam gdzie kobieta w swoim ogródku
spragnione rośliny wodą podlewa
Kobieta choć biedna ma serce szczere
gości do domu na obiad zaprasza
pusto w spiżarni zostały resztki
kawałek chleba smalec i kasza
Dobra kobieto ty jesteś sama
mąż Twój na polu ciężko pracuje
więc o gościnę musisz go spytać
on głową rodziny niech decyduje
Mąż wrócił późno i słuchać nie chce
że dobry uczynek ma do spełnienia
w końcu przekonać dał się niewieście
wszak jego serce nie jest z kamienia
Wędrowców głodnych czekaniem zmęczonych
idź zaproś żono w te skromne progi
dom przecież gościny udzielić może
przybyłym ze świata z dalekiej drogi
Chociaż przy stole w tym biednym domu
jest miejsce i talerz dla brata każdego
lecz oni każą sobie wybierać
na gościa spośród nich tylko jednego
Coś trzeba zrobić kogoś zaprosić
sprytny mąż Sukces sobie wybiera
praktyczna żona o Dostatku myśli
a przy Miłości córka się upiera
Zaprośmy Miłość do naszego domu
bo najważniejsza dla naszej rodziny
przecież to ona tylko się liczy
ją Ojcze drogi wybrać musimy
Bo tam gdzie Miłość gości w rodzinie
tam Sukces Dostatek też zamieszkają
tam zgoda będzie będzie też szacunek
bo wdzięczni goście już o to zadbają

Trzy siostry

Raz pewien człowiek otrzymał w prezencie
dary za którymi uparcie gonił
była to wiara nadzieja miłość
z przykazem aby ich nie roztrwonił

Ucieszył się człowiek z tego prezentu
bo dostał bezcenne dary od nieba
od dzisiaj nie będzie o nic zabiegał
przecież do szczęścia nic mu nie trzeba

Co warte te cnoty chce się przekonać
więc woła je wszystkie na służbę do siebie
pokażcie kochane co dla mnie możecie
abym się poczuł jak Anioł w niebie

Miłość mu na to jestem pokorna
mam jeszcze zalet innych tysiące
i nie opuszczę ludzi w potrzebie
będę powietrzem wodą i słońcem

A ja nadzieja i trwam do końca
gdy wszystko zawiodło nic nie zostało
zamieszkam w sercu każdego człowieka
chociażby z rozpaczy i bólu konało

Ja jestem wiarą mam moc i siłę
którymi wierne serca obdzielę
razem z nadzieją razem z miłością
chętnie się nimi z Tobą podzielę

Człowiek im na to skoro nie mogę
mieć was na własność tylko dla siebie
nie będę się dzielił przecież z innymi
nie chcę was widzieć idźcie przed siebie

I poszły siostry gdzieś w świat do ludzi
bo nie dla głupca te cenne cnoty
a człowiekowi los podarował
żal beznadzieję ból i tęsknoty

Sen o drodze do raju

Usiana szkłem i kamieniem
długa i kręta droga
pięła się hen wysoko
do tronu samego Boga
Usłana ostrym gwoździem
trudną powolną była
a bose stopy wędrowców
bezlitośnie raniła
Mimo cierpień i znoju
mimo trudu wielkiego
szli pełni wiary nadziei
do Ojca Niebieskiego
Na przedzie kroczył Jezus
boso w cierniowej koronie
On pierwszy dotarł do Ojca
i usiadł na złotym tronie
Spojrzeniem pełnym miłości
zachęcał lud zbolały
by szli po Jego śladach
co drogą do nieba być miały
Maryja Matka Jego
tę drogę im wskazała
i Ona jako pierwsza
nagrodę otrzymała
I jak każda matula
o los dzieci stroskana
pomogła tym co ufali
prowadząc ich do Pana
Zaś Ci co stracili wiarę
zbyt szybko rezygnowali
zwyciężeni przez smutek
na brzegu drogi zostali

Łzy które są ciężarem

Przyśnił się mamie synek malutki
ten co niedawno odszedł do nieba
choć z żalu pęka serce zranione
nie płacz matulu płakać nie trzeba
Patrz Twój Syn idzie drogą do Ojca
dźwiga ze sobą wiaderko wody
co mu ciężarem nie do zniesienia
a obok łąka cudnej urody
Chętnie by zboczył pobiegać boso
na łące zielonej ale nie może
do końca drogi już tak niewiele
więc niesie ten ciężar w cichej pokorze
Syneczku zostaw to wiadro wody
nie taka przecież jest wola Pana
pobiegaj sobie jak inne dzieci
prosi go błaga matka stroskana
Na próżno matuś twoje starania
syn nie zostawi wiadra ciężkiego
bo napełnione Twoimi łzami
co ponad siły dziecka małego
I zrozumiało matczyne serce
że łzy tęsknoty nic tu nie mogą
one balastem ciężkim jak ołów
tutaj modlitwy tylko pomogą
Przeminął dzionek nocka nadchodzi
matuś modlitwy do Boga wznosi
za duszę synka je ofiarując
o zlitowanie nad sobą prosi
Ojciec na niebie wysłuchał prośby
zesłał sen mocny twardy jak skała
w którym ujrzała łąkę i domek
i Syna jakiego nigdy nie znała
Jak każde dziecko psocił figlował
wszak to modlitwa Go odmieniła
skróciła ciężką i trudną drogę
do domu Ojca zaprowadziła

Anielskie wspomnienia

Na samym środku niebiańskiej łąki
Anioły beztrosko sobie fruwały
jeden był duży drugi ciut mniejszy
zaś ten najmłodszy zupełnie mały

Zmęczone zbieraniem kwiatów na bukiet
by spocząć na chwilę szukały cienia
kiedy już siadły pod dużym drzewem
pamięcią wróciły ziemskie wspomnienia

Ten duży zaczął cudowną opowieść
o świętach gdy jeszcze był całkiem mały
takich rodzinnych ciepłych radosnych
gdy pod choinką prezenty czekały

Lubił je zawsze najbardziej na świecie
ze łzami w oczach wspominał dziadka
biedniutki żłobek w nim dziecię małe
wieczerzę choinkę i biel opłatka

Jeszcze nie zdążył zakończyć powieści
gdy drugi Anioł przerwał zasmucony
nie wiedział bowiem co znaczy rodzina
przez ojca na bruk z domu wyrzucony

Nigdy nie zaznał szczęścia i miłości
mieszkaniem był mu karton z tektury
światła choinki w oknie sąsiada
zaś towarzystwem myszy i szczury

Przerwał mu Anioł ten całkiem malutki
otulił się skrzydłem i gorzko płacze
bo biedak nie wiedział co to są święta
a małe serduszko z żalu kołacze

Po chwili rzecze -nie mam nikogo
przecież się muszę i z tym pogodzić
ciekawe jakie były by me święta
gdyby mamusia chciała mnie urodzić

Kto uratował Miłość

Na pewnej wyspie na końcu świata
ludzkie uczucia w zgodzie mieszkały
była to Miłość i Mądrość wielka
co za sąsiada Bogactwo miały
Na drugim końcu tej rajskiej wyspy
Smutek z Humorem panami byli
chociaż kapryśni i bardzo zmienni
o prawo bytu z Dumą walczyli
Cóż się ostoi przed przeznaczeniem
wyspa ta wkrótce zatonąć miała
został już tylko kawałek ziemi
ten który Miłość tak ukochała
Stanęła Miłość na brzegu morza
ostatnim tchnieniem pomocy wzywa
lecz oto chyba nakazem niebios
jacht luksusowy do niej podpływa
Jej właścicielem skąpe Bogactwo
co miejscem wolnym się nie podzieli
złoto ważniejsze nad starą przyjaźń
nim sobie gniazdko Bogactwo ścieli
Straciła Miłość resztki nadziei
przecież tak wiele nie potrzebuje
kawałek miejsca i dobrej woli
od zguby losu ją uratuje
Czyżby Neptuna nakazem wiedziony
czteromasztowiec płynie powoli
i on nie weźmie Miłości z sobą
ma swoją Dumę i spokój woli
Jak niezbadane wyroki losu
przywiodły tu Humor tak niestosowny
co w żart obraca cudze nieszczęście
wszak każdy powód do śmiechu dobry
I on odpłynął w morze otchłani
zaś obok na fali łupinka została
a w niej ponury Smutek rozpacza
dla niego Miłość istnieć przestała
Znikąd pomocy znikąd ratunku
czyż wierna Miłość na zawsze zginie
w bezsilnej otchłani obojętności
jak statek widmo w morskiej głębinie
Posłuchaj kochana Mądrości rady
bo został Ktoś taki kto Cię ratował
to Czas co wiedział jakim uczuciem
jest Miłość którą w sercu zachował

Oni dokonali wyboru

W dalekim kraju żył pewien człowiek
któremu duma nie pozwalała
współczuć przebaczać i kochać ludzi
bo jego serce było jak skała
Ludzie się czasem zastanawiali
co też być mogło tego powodem
nigdy nie prosił o miłosierdzie
i nie podawał ręki na zgodę
Tak żył wśród ludzi ciągle ich raniąc
a kiedy przeniósł się do wieczności
stanął twarz w twarz z Tym co go kochał
którego serce morzem miłości
To serce biło tylko dla niego
i otoczyło czułym ramieniem
nieodgadniona dobroć prosiła
by poszedł za Nim za przeznaczeniem
Człowiek nie wiedział jak się zachować
przecież przebaczać nigdy nie umiał
więc odszedł w wieczną krainę piekła
bo takiej miłości On nie rozumiał
W tym też to czasie Stwórca powołał
przed swe oblicze człeka grzesznego
który to mimo wad i słabości
umiał się zmusić by kochać bliźniego
Chociaż mu ciężko i trudno było
zmagał się dzielnie ze swymi grzechami
umiał wybaczać i rękę podać
naprawiać błędy dobrymi czynami
Tak jak ten pierwszy stanął ów grzesznik
przed morzem dobroci nieodgadnionej
Tego co serce jest wypełnione
płomieniem miłości dla duszy skruszonej
I pojął człowiek że Pan ratunkiem
nic się nie dzieje wszak bez przyczyny
On da mu szansę odpokutować
by w ogniu czyśćca zmazał swe winy
I poczuł człowiek ból i tęsknotę
za Tym co kocha go ponad życie
On dał mu nadzieję szczęścia wiecznego
i przyprowadzi przed Swoje oblicze

Historia pewnego krzyża

Stoi na ziemi jak punkt na mapie
krzyż betonowy i bardzo stary
przystań przechodniu On Ci opowie
tragiczną historię pewnej ofiary
Krzyż na pamiątkę tu postawiono
usiądź na chwilę gdzieś w jego cieniu
pomyśl o czasie który przeminął
odczytaj napis w głębokim skupieniu
Wsłuchaj się w ciszę wtedy usłyszysz
cichy szloch matki i łzy rozpaczy
dla niej to miejsce jest uświęcone
a śmierć dzieweczki tak wiele znaczy
Jak śmierć Jezusa na krzyżu zbawienia
rozrywa serce z okrutnej boleści
to straty dziecka tak niewinnego
rozum i serce zdołać nie pomieści
Tedy przechodniu u stóp tego krzyża
do Zbawcy świata w cierniowej koronie
za duszę dziecka za duszę zmarłych
do pokornej modlitwy złóż Swoje dłonie

Ballada o człowieku i krzyżu

Był sobie człowiek który niósł krzyż swój
w sam raz na jego wątłe ramiona
i chociaż go nosił przez wszystkie lata
nie mógł się jakoś do niego przekonać.

Narzekał, że ciężki i że uwiera,
że nie pasuje bo trochę za długi,
chciałby go w końcu zmienić na inny
a ten zostawić, zbyt go nie lubi.

Nie mógł już dłużej Pan na niebiosach
ścierpieć narzekań człowieka słabego,
posłał Anioła by go zaprowadził
gdzie inne krzyże czekały na niego.

Pokazał miejsce gdzie przeróżne krzyże
jak drzewa z ziemi powyrastały,
aby mógł wybrać ten co mu pasuje
leciutki gładki i całkiem mały.

Niemądry człowiek widząc tyle krzyży
z radości podskoczył, ręce zaciera,
chodzi jak w transie i godzinami
krzyż odpowiedni dla siebie wybiera.

Ten jest za ciężki, chociaż ze złota
a ten za prosty, biedny i surowy
ten niestabilny zbyt ozdobiony,
ten znów za duży choć całkiem nowy.

Zmęczony szukaniem usiadł na ziemi
patrzy cień krzyża widać na trawie
jak oparzony zerwał się wołając:
-ten mi pasuje tego nie zostawię-

Anioł uśmiechnął się do człowieka
mówi do niego wielce rozbawiony
-mój drogi ten krzyż który znalazłeś
to ten przez Ciebie wcześniej porzucony.

Ja jestem Stróżem a Twój Ojciec w niebie
powierzył mi kiedyś poważne zadanie,
bym dopasował krzyż na Twą miarę
taką jaką krawiec szyje ubranie,

Bo Pan nie obarczy dziecka swojego
ciężarem którego unieś nie zdoła
byś mógł cierpliwie nieść go przez życie
a do pomocy posłał mnie Anioła-

Inspiracją do napisania tej ballady było opowiadanie ks.Mieczysława Malińskiego pt "Opowiadanie o ludzkich krzyżach".

Modlitwa i praca

Po morzu głębokim wśród burz i szkwału
samotny rozbitek do brzegu dryfuje
maleńka plaża jałowej wyspy
choć niegościnna życie ratuje
Wyspa nieznana kamień i skała
niszczy nadzieję na szansę przetrwania
myśli rozbitek moim ratunkiem
będą wzniesione do Boga błagania
W imię zasady ludowej mądrości
że to bez pracy nie ma kołaczy
ten co w modlitwie czekał ratunku
w końcu też wziął się do ciężkiej pracy
Wzniecił więc ogień by ogrzać ciało
strawę choć lichą też przygotował
a kiedy już syty i wypoczęty
z suchych gałęzi szałas zbudował
W modlitwie i pracy dni mu mijały
przerwane chwilą spoczynku na plaży
one mu były taką nadzieją
o której biedny rozbitek marzył
Niezapisane wyroki niebios
zesłały na wyspę wicher znad morza
który to siłą i mocą wielką
jednym podmuchem rozniecił pożar
Gdy niszczycielskim ogniem zapłonął
unosząc z dymem dobytek człeka
był takim znakiem dla Tych na morzu
że tam na wyspie Ktoś bardzo czeka
A że ratunek przyszedł tu w porę
nie będzie człowiek niczego żałował
choć szałas pracę rąk własnych stawiany
dwukrotnie życie mu uratował
Gdy sam tu mieszkał on był mu domem
takim azylem bezpiecznym schronieniem
kiedy posłużył za znak pomocy
unicestwiony był ocaleniem
Zrozumiał tedy człowiek z pokorą
że wszędzie nawet na krańcu świata
gdyby lenistwo było przymiotem
żył by samotnie przez wszystkie lata
Praca modlitwa tylko pomogły
gdyż jak dwie siostry się wspomagały
a że szły razem w parze z rozsądkiem
to wielką moc łaski od Boga miały

Umieć rozmawiać

Gdzieś na pustkowiu wśród skał kamieni
gdzie życie toczy się swoim tokiem
mieszkał mąż mądry znany asceta
w grocie ukrytej przed ludzkim okiem
Modlitwą wypełniał dzionek calutki
myśli swe zwracał zawsze do Boga
post medytacja wewnętrzny spokój
to była Jego właściwa droga
Gdy tak rozmyślał o różnych sprawach
błahych lub ważnych w życiu każdego
nie zauważył nawet że w grocie
ma przecież gościa nieproszonego
To myszka mała głodem zmożona
przyszła szukając tu pożywienia
sandał ascety z prawdziwej skóry
to smaczny kąsek warty zjedzenia
Więc się zabrała z wielką ochotą
do obgryzania sandału tego
i nawet na myśl biednej nie przyszło
że burzy spokój i robi coś złego
Wściekł się asceta nie bez przyczyny
jak to stworzenie śmie mu przeszkadzać
nie dość że brzydkie to jeszcze głupie
a On chce sobie z Bogiem pogadać
Na to mu myszka że pojąć nie umie
już się zaczyna w tym wszystkim gubić
bo mąż tak zacny rozmawia z Panem
a z nią się nie chce nawet rozmówić
Przecież i ona stworzeniem bożym
więc porozmawiać z nią chyba może
a że nie słucha to chyba głuchy
przed takim Mędrcem broń Panie Boże