TAJEMNICA GRZECHU

WOJCIECH JĘDRZEJEWSKI OP

Kłopoty w rozumieniu grzechu

Bardzo nam przeszkadza w zrozumieniu, czym jest grzech, jedno fatalne skojarzenie: gdy pada słowo "grzech", natychmiast myślimy: "Niemoralne postępowanie". A co znaczy postępować niemoralnie? Na pytanie to najczęściej odpowiadamy: "Zrobić komuś świństwo". Jest to beznadziejny ciąg skojarzeń, z którego wynika, że grzesznik to człowiek robiący świństwa bliźnim. Dlatego nieraz ludzie reagują jak moja znajoma, która powiedziała: "Ja się w ogóle nie czuję grzeszna, co ci księża mi wmawiają". Prawda o naszej grzeszności oznacza coś nieporównywalnie głębszego i poważniejszego niż niesmaczny fenomen wrednego zachowania się wobec innych. Jedyną drogą zrozumienia czegoś z tajemnicy naszej grzeszności jest spotkanie z miłością Boga. On mnie kocha! Oddał za mnie na krzyżu swoje życie, a moje życie jest zamknięte na Jego miłość. Żyję obok Boga, mojego Ojca, obojętny na Jego słowa skierowane do mnie, ślepy na miliardy gestów Jego czułej troski. Letni przechadzam się wobec ognia odwiecznej Miłości. Odtrącam Jego rękę, która zaprasza mnie do tańca. Nie kocham Miłości, potrafię ją ignorować, nie potrzebować jej, nie zanurzyć się w jej falach. Jestem grzesznikiem! Żyję w Bożym świecie, podtrzymywany Jego pragnieniem, bym istniał, rozkwitał, ale moje serce nie bije w rytm Jego serca. Wybieram szamotaninę własnych zachcianek zamiast Jego pełną miłości wolę. I to właśnie oznacza, że jestem grzesznikiem. Potrafi mi być całkiem znośnie bez Niego, który jest moim jedynym sensem i światłem, co stanowi przerażające świadectwo mojej fatalnej kondycji grzesznika. Odkryć prawdę o grzechu mogę jedynie wtedy, gdy choć trochę przeczuję, jak ogromna jest miłość i troska wobec mnie Boga, mojego Ojca.

Grzech jako ukrycie się

Grzech zaowocował ukryciem. Bóg pyta w Raju: "[Adamie] Gdzie jesteś?" (Rdz 3, 9). Człowiek powołany do chodzenia przed swoim Stwórcą w świetle Jego prawdy i miłości, z otwartym sercem, ukrywa się, chowa bezwiednie. Nie czuje się bezpieczny i "okrycie", "płaszcz" Bożej obecności nie jest dla niego czymś pożądanym. "Gdzie jesteś?" - te słowa padają z ust Boga tuż po grzechu. Po co to pytanie? Aby Adam uświadomił sobie, że się ukrył przed Bogiem; aby sam zdał sobie sprawę ze zmienionej rzeczywistości swego serca. Stwórca pyta każdego z nas dzisiaj: "Gdzie ty jesteś?" On nie pyta: "Człowieku, gdzie jesteś?", ale woła po imieniu. Musimy usłyszeć swoje imię, aby osobiście podjąć dialog z Bogiem. "Gdzie się ukryłeś" Gdzie się znajdujesz, gdzie jesteś? Gdzie zapędził cię grzech? Może ukryłeś się w smutku, w niepokoju, w cynizmie? Może jesteś zamknięty w więzieniu beznadziejności? Może zamknąłeś się w pożądaniu, w ambicji? Może schowałeś się w zgorzknieniu? Odpowiedź na pytanie brzmi: "Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się". Grzesznik nie czuje się okryty Bogiem, ale zagrożony obecnością obcego. Utrata zaufania Bogu jest powodem naszej ucieczki, ukrywania się przed Nim. Grzesznika dzieli od Boga przepaść utraconego zaufania. Realna przepaść. Taki jest nasz stan. Jest to przepaść nie do pokonania o własnych siłach. Dalej Bóg dopytuje się o konkretną przyczynę nowego stanu, tego poczucia obcości. Pyta o grzech. Ale nie słyszy przyznania się do winy, tylko próbę usprawiedliwiania się. Co doprowadziło cię do stanu, w którym się znajdujesz, do twojego ukrycia? Co było bezpośrednią przyczyną w tobie, nie w innych? Nie mów: "Zamknąłem się, ponieważ zranili mnie źli ludzie. Kłamię, gdyż nie da się inaczej" itd. Znajdź powód w sobie, swoją własną winę. To, że zło z zewnątrz spowodowało spustoszenie, nie stało się bez twojego przyzwolenia. Musiało ono nastąpić. Twoje wycofanie się z walki. Twoje złożenie broni, twoja rezygnacja. Nie wystarczy, że przyznasz się do zamknięcia w więzieniu. W tym więzieniu znajduje się ukryty klucz. Trzeba go znaleźć, bo inaczej pozostaniesz w niewoli. Będziesz tam umierać. Kluczem jest odpowiedź: "Jestem grzesznikiem, z dala od Ciebie. Jestem w oddaleniu. Wyznaję Ci również moje konkretne grzechy. Zmiłuj się nade mną, grzesznym!".

Skrucha bez znieczulenia

"Człowiek, który tego dokonał, winien jest śmierci". Oto odpowiedź króla Dawida na przypowieść proroka Natana, której odrażający bohater, bogacz zabierający ubogiemu sąsiadowi jedyną owieczkę, to tak naprawdę sam król, póki co nieświadom tego faktu. Z chwilą, gdy odkrył, kim w rzeczywistości jest ów "człowiek bez miłosierdzia", wyznał: "Zgrzeszyłem wobec Pana" (por. 2 Sm 12, 1-14). W tym jednym zdaniu ujawnia się wielkość Dawida. Ani słowa więcej. Potem tylko pokutna pieśń, którą do dziś modli się Kościół:

Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości,
w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość! [...]
Uznaję bowiem moją nieprawość,
a grzech mój jest zawsze przede mną.(Ps 51, 3. 5)

Istota skruchy zdolnej mocą Bożego miłosierdzia przywrócić grzesznika do życia leży w ascezie wyznania: "Zgrzeszyłem". Nic więcej. Ile trzeba mocy ducha, aby nie sięgnąć po samousprawiedliwienie, znieczulenie w postaci przeciwbólowego środka z etykietką: "ALE". Postawić tamę kolejnym słowom, których potok może rozmyć bolesną prawdę i zgasić trawiący ogień wstydu, doświadczenia klęski, poczucia zdrady. Zabronić sobie takiego kroku - na tym polega wielkość upadłego człowieka. Paląca świadomość grzechu, żar Bożego gniewu i ból własnego upadku to ognisty piec, z którego mamy ochotę wymknąć się przez awaryjne drzwi z napisem "ALE". Błogosławiony czyściec, skrucha bez znieczulenia, nie może wówczas stać się naszym udziałem. Tracimy szansę na rzeczywiste nawrócenie. Uzdrawiająca moc Bożego miłosierdzia nie ma do nas dostępu, gdy tchórzliwie uciekamy od odpowiedzialności za swój grzech, usiłując ją choć trochę rozmyć. Nauczycielem pokuty nie jest elokwentny faryzeusz, lecz bijący się w piersi celnik (por. Łk 18, 9-14). Na niego spływa usprawiedliwienie, odchodzi uświęcony, przywrócony życiodajnej łasce. Spogląda we własne serce i w nim dostrzega brak łaski. Nie patrzy na innych, nie szuka usprawiedliwienia dla swej nędzy, ale czeka na miłosierdzie.

Dobry jest Pan dla ufnych,
dla duszy, która Go szuka.
Dobrze jest czekać w milczeniu
ratunku od Pana.(Lm 3, 25-26)

Im większa prostota trwania w nadziei, że Bóg zlituje się nad grzesznikiem, tym "obficiej może rozlać się łaska". Nie trzeba szamotać się w coraz gwałtowniejszym, masochistycznym samooskarżeniu. To również stanowi utrudnienie dla Pana, który jest uzdrowieniem pokornych. Trudno jest, po prostu, wyznać swoją nieprawość, pozwolić, by wybrzmiała w ciszy skruszonego przed Bogiem serca. Czasami czujemy się odrobinę pewniej, gdy możemy zagłuszyć wyznanie dramatycznym i potępieńczym biciem się w piersi. Nie ma na tym świecie usprawiedliwienia dla człowieka, który podeptał wybraną raz odwieczną Miłość, poza miłosierdziem płynącym z krzyża, miejsca, gdzie Bóg zaakceptował upokorzenie bycia odrzuconym przez "swoich"; Słowo, Chrystus, "przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli" (J 1, 11). Każdy krok grzesznika, w poszukiwaniu ulgi dla serca, które oskarża samo siebie za niewierność, nie zwracający się w kierunku krzyża, oddala od Boga, jedynego Zbawiciela. Tylko zgoda, aby "patrzeć na Tego, którego przebodli", na Tego, który umiera zraniony moim grzechem, pozwala wraz z Nim ujrzeć nowe, odrodzone w Zmartwychwstaniu życie. W obliczu ukrzyżowanej przeze mnie Miłości, uznaję "swoją nieprawość", bez wybiegów i krętactw, wierząc w obiecaną łaskę. Chcąc pokochać ów czyściec, pomóc sobie żyć nim już dzisiaj, trzeba zlokalizować kuszące drzwi awaryjne. Trzeba zdać sobie sprawę z bogatego asortymentu uśmierzających ból środków, które "litościwy" diabeł daje nam byśmy się lepiej poczuli. Zobaczmy je w oparciu o dwa zdania wypowiedziane przez pierwszych rodziców tuż po grzechu, jakiego się dopuścili.

"Wąż mnie zwiódł i zjadłam"

Można tę "unikową" postawę ująć w sformułowaniu: "Zgrzeszyłem, ale nie ze złej woli". Owa usprawiedliwiająca formuła pojawia się w ustach ludzi zaskoczonych ogromnymi konsekwencjami niewinnego na pozór wyboru, o którym wszakże od początku było wiadomo, że spoczywa na nim cień grzechu. Zgoda na jednorazowe zło w przekonaniu, że na tym się skończy: kłamstwo, zdrada, narkotyk, pomówienie. Potem koszmarny, zaskakujący i nieprzewidziany rozwój wypadków, który jest konsekwencją tego pierwszego źle postawionego kroku. "Dałem się zwieść" - mówią ludzie, którzy ku własnej zgubie "igrali z ogniem" w przekonaniu o własnej sile i umiejętności oparcia się złu. Jest to mechanizm flirtu z grzechem w naiwnym przeświadczeniu, że potrafię się wycofać w odpowiednim momencie. "Niewinna rozrywka", przy pełnej kontroli sytuacji. Niespodziewanie jednak sprawa przybiera całkiem inny obrót. Z opanowanych szulerów ryzykownej gry stajemy się bankrutami, nędzarzami, zmiażdżonymi przez to, nad czym, jak nam się wydawało, sprawowaliśmy kontrolę. I w takiej sytuacji, o ile tylko chcemy z niej się uwolnić, należy bezwzględnie uznać własną odpowiedzialność za zastaną sytuację. Wycofać się z rozważań na temat: "Jak mogło dojść do katastrofalnych następstw, skoro się ich nie zamierzało". Przestać kreować się na ofiarę złych mocy, które sprzysięgły się, aby bezwzględnie wykorzystać fałszywe posunięcie dla rozpętania piekła. Nie czynić sobie wyrzutów z powodu "głupiego błędu" ("co mnie skusiło?!"), który spowodował lawinę nieszczęść. Uznać po prostu, że z własnej winy wpędziłem siebie i innych w tarapaty. "Zgrzeszyłem", reszta wzięła się z tego faktu. Do takiej postawy wprost zmuszają swoich członków wszelkie grupy terapeutyczne przeznaczone dla alkoholików i narkomanów. Czynią to bezwzględnie, wręcz brutalnie, w świadomości, że tu znajduje się punkt krytyczny całej terapii: "Przestań się usprawiedliwiać! Wziąłeś i to był twój błąd. Chciałeś to zrobić, nikt na siłę nie wstrzyknął ci towaru". Dopóki delikwent nie zgodzi się przyjąć na siebie odpowiedzialności za obecną sytuację, leczenie nie ma szans powodzenia. Taki jest początek uzdrowienia. Podobnie dzieje się w każdej innej sytuacji narosłego - w wyniku pierwszego wyboru - zła. Człowiek, który w dobrej wierze "dał się namówić" i skłamał, lub oczernił bliźniego, grzęźnie potem po uszy w całym bagienku łgarstw, usiłując oczyścić się ze stawianych zarzutów. Jeśli uzna za współwinnego eskalacji swej nieprawości tego, kto manifestacyjnie wyciągnął na światło dzienne popełnione przez niego pierwsze zło, to daleki jest od nawrócenia. Ucieka bowiem od bolesnej prawdy: "Zgrzeszyłem", poprzez wskazywanie na swoją nie aż tak złą wolę, jakby to sugerowała skala następstw.

"Niewiasta dała mi owoc i zjadłem"

"Zgrzeszyłem, ale nie sam. Zgrzeszyłem, ale impuls dał ktoś inny. Odpowiedzialność za grzeszny wybór rozkłada się nie tylko na moje barki. Są współwinni. W tej intrydze brało udział wielu współtwórców". Częsta wymówka w sytuacjach uwikłania w zło całej grupy ludzi, środowiska, w jakim przyszło nam żyć i funkcjonować. "Jak nie brać łapówek, skoro cała instytucja jest skorumpowana? Nie jestem wyjątkiem, po prostu chcę dalej tu pracować". Pewien człowiek, zatrudniony jako celnik na granicy, w taki sposób argumentował swoją postawę: "Jeśli stanę się nieprzekupny, wygryzą mnie z roboty". Jeśli wlazłeś między wrony, musisz krakać jak one. Inny przykład. Puszczona nie sprawdzona plotka, którą powtarzam. Po pierwsze, nie wyszła ona z moich ust, po drugie, wszyscy o tym mówią. Kto w efekcie odpowiada za zniszczoną pomówieniem reputację niewinnego człowieka? "Niewiasta dała mi ten owoc, ja tylko zjadłem". Ta forma samousprawiedliwienia ubiera się także w słowa: "Wszyscy tak robią". Gdzie nie spojrzeć, ludzie kłamią, torują sobie drogę przez życie łokciami, nie są fundamentalistami w wyznawaniu zasad. Zło staje się normą poprzez ilościową przewagę nad dobrem. Jakżeż nie przyjąć tej przekonywającej etyki? "Społeczeństwo jest złe, chore, zmusza do postępowania według swoich reguł. Nie da się wyrwać z zaklętego kręgu. Puszczonej lawiny nie sposób zatrzymać. Można tylko spadać wraz z innymi. Jeśli nie będę karmił się podawanymi przez innych owocami, umrę z głodu. Takie jest życie, brutalna rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć dokoła, aby pozbyć się złudzeń. Jeśli nie bierzesz udziału w tej piekielnej sztafecie, wypadasz z gry". Sumienie, skłonne do tego typu usprawiedliwień, znajdzie również ukojenie w decyzjach prawnych przegłosowanych większością głosów. Skoro taka jest wola prawodawcy, liczącego się przecież z opiniami i nastrojami społecznymi, można się choć trochę zwolnić z poczucia winy za decyzję o zabiciu nie narodzonego dziecka lub uśmierceniu tatusia staruszka. Czyż legalizacja miękkich narkotyków nie każe łagodniej spojrzeć na zło korzystania z nich.? "Zgrzeszyłem, ale to była odpowiedź na to, co mnie spotkało", oto kolejne oblicze usprawiedliwienia typu: "Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc [...] i zjadłem". "Inicjatywa nie wyszła ode mnie. Nigdy bym tego nie zrobił, gdyby mnie nie sprowokowano. Czy miałem pozwolić draniowi cieszyć się zwycięstwem kosztem mojej krzywdy". Temu, kto czyni zło, trzeba odpłacić tym samym. "Oko za oko, ząb za ząb". Specyficznie pojmowana sprawiedliwość domaga się, aby nie pozostawić winowajcy bez wymierzonej własnoręcznie kary. Czy wtedy jednak uważam, iż trujący owoc zemsty zrodziło moje serce? Skądże, wyrósł przecież na złym drzewie nieprawości krzywdziciela! Jezus każe nam odrzucić ten sposób pojmowania genealogii zła, mówiąc, że "z serca ludzkiego pochodzą [...] nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wewnątrz pochodzi i czyni człowieka nieczystym" (Mk 7, 21-23). Gdy czynię niegodziwość jako odpowiedź na skierowaną przeciw mnie wcześniejszą niegodziwość, absolutnie nie zmienia to rangi mojego występku. Niesprawiedliwe cierpienie bynajmniej nie musi owocować odwetem. Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. [...] Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują (Mt 5, 38-44). Według tej przeklętej "logiki domina" następstw zła, przekazywanego z rąk do rąk, zło czyniący sam wręcza społeczeństwu broń, aby ją zwrócić przeciwko niemu. Zapłatą za śmierć jest śmierć. Jeśli nie znajdą się ludzie pokroju króla Dawida, uznający swój grzech bez dopowiadanego "ale", pozostawiający jedynie Zbawicielowi sąd nad ich sumieniem, pęcznięć będą gabinety psychoanalityków, a pustoszeć konfesjonały. Kościół zaludni się widmami, albowiem, jak mawiał pewien żydowski mistyk, ludźmi jesteśmy tylko na tyle, na ile potrafimy prawdziwie pokutować. Zwietrzała z powodu samousprawiedliwiania się sól, przestanie być szansą dla ziemi. Kopcąca lampa nie wskaże światu drogi życia. Jedynie skrucha bez znieczulenia - czyściec na ziemi, daje szansę skutecznego nawrócenia. Otwiera drogę realnej przemiany serca i całej doczesności. Tylko w pokutnym spotkaniu z Panem możemy odkryć Jego radykalną mądrość: Jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym, lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego (Mt 18, 8-9).

"Nie kocham twojego grzechu"

Uznanie swojej winy, skażenia własnego serca śmiercią, jest pierwszym krokiem, jaki musimy postawić w drodze do Zbawiciela. Wówczas usłyszymy Jego słowa: "Nie kocham twojego grzechu". Bóg, który aprobowałby mój grzech, byłby niewart wiary ani miłości. Jeżeli bowiem byłoby Mu obojętne, że Jego dziecko robi sobie i innym krzywdę, to znaczy, że nie potrafiłby kochać naprawdę. Całkowicie fałszywy jest obraz Jezusa, który nienawidzi porządnych, pobożnych ludzi, a wprost uwielbia czyniących zło. Inny stereotyp sugeruje, że Chrystus jest dobry i rozumiejący, nie czepia się, nie potępia, natomiast rygorystyczni duchowni krzyczą na grzeszników i gardzą nimi. Prawdą jest natomiast, że Jezus obdarzał ogromną miłością ludzi uwikłanych w zło. Po to właśnie tak bardzo ich kochał, przygarniał, aby mogli doznać uwolnienia od tego, co ich niszczy. Jezus wchodził w świat ludzi słabych i grzesznych nie po to, aby utwierdzić ich w przekonaniu, że robią dobrze i "jakoś to będzie", lecz by na Jego ramionach mogli opuścić świat grzechu i śmierci. Pan szczególnie chętnie spotykał się z ludźmi odrzuconymi z powodu swoich grzechów, które w rzeczywistości zapragnęli już porzucić. Potrzebowali tylko okazania im zaufania i troski. Jezus szedł do takich ludzi, bo wiedział, że zrozumieli powagę i niebezpieczeństwo zła. Stawał więc przed nimi jako sprzymierzeniec ich nawrócenia. I nawet jeśli się komuś nie podobało takie zachowanie, Jezus nie zatrzymywał się w drodze. Chrystus odnosi się z miłością do grzeszników nie z powodu aprobaty ich postępowania, lecz dlatego, że pragnie pomóc im w nawróceniu. Kocha nas, a nie nasze grzechy. Są one jak choroba prowadząca do śmierci. Jako Lekarz nie może zgodzić się na jej ekspansję, pragnie nas od niej uwolnić. Niezgoda Boga na naszą chorobę grzechu nosi w Biblii miano gniewu. Oznacza on radykalny sprzeciw Pana wobec śmierci, która panoszy się przez grzech w umiłowanych stworzeniach.

"Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?"

Są dwa rodzaje śmierci: fizyczna oraz duchowa. Tę drugą "zawdzięczamy" grzechowi. Fizycznie człowiek umiera od narodzin, tyle że do pewnego momentu jest to umieranie dzieciństwa na korzyść dorosłego, a potem z górki: od dorosłości do starości. Doświadczenie śmierci "ciała" jest czymś, co depcze nam po piętach niemalże na każdym kroku. Nie tylko przez własne kryzysy zdrowotne albo odejścia bliskich czy dalekich ludzi, ale także poprzez przemijanie rzeczy. Czego byśmy się nie tknęli, to topnieje to w rękach. Przemijalność rzeczy jest przypowieścią o naszym własnym odchodzeniu z tego świata. Śmierć duchowa dopada nas wtedy, gdy pozwalamy, by nasze wnętrze: to, co Biblia nazywa sercem (korzeń i źródło całej wewnętrznej prawdy osoby), było rozdarte przez grzech. Co to konkretnie znaczy? Jeśli wydaję siebie samego moim namiętnościom: np. chorobliwej ambicji, wściekłości, nienawiści, cynizmowi, pożądliwości, kłamstwu itd., to wtedy mój duch zostaje rozerwany na dziesiątki części. Rozszarpane wnętrzności duchowe. W takiej sytuacji prawdziwe życie, czyli zdolność do odpowiedzenia miłością na miłość Boga, musi ze mnie uciekać, gasnąć. Gdy obie śmierci zbiegną się w człowieku, to jego przeprowadzka z tego świata jest rozpaczliwa. Cały bowiem majątek, który nagromadził, rozmieniając na drobne swe serce, znika: nie ma już władzy, pieniędzy, sukcesów, zdobytych ludzi, ciał. Jest bankrutem. Sama śmierć fizyczna, bez tej spowodowanej grzechem śmierci duchowej, może być uciążliwa, ale nie musi budzić rozpaczy. Albowiem w tajemnicy mojej osoby, mojego serca, kwitnie życie, które opiera się na odpowiedzi miłości danej Bogu. On, wieczne Życie, woła mnie. Gdy idę za tym głosem, skupiając całą swą duchową moc na owej odpowiedzi, wówczas rodzi się we mnie coraz pełniejsze, prawdziwsze życie. Śmierć fizyczna zostaje odtragizowana, uwolniona od cienia rozpaczy. Odchodzę bowiem z tego świata na Bożej fali, która porwała mnie i mną zawładnęła. Aby ratować nas od duchowej agonii, Zbawiciel nie zawaha się przed zadaniem nam bólu, nie cofnie swej ręki, aby nas zranić. Wszystko jednak po to, abyśmy doznali uleczenia.

Ten, który rani i sam leczy

Pewien wikary w czasie wakacji zastępował na Podhalu miejscowego proboszcza. Podczas niedzielnej sumy grzmiał z ambony, piętnując wszystkie grzechy wymienione przez Dekalog. Po Mszy jeden z górali przyszedł do zakrystii i oznajmił księdzu: "Kazanie to może mówić do nas proboszcz, a wy sobie głoście homilię". Karcić ma prawo ten, kto udowodnił, że kocha: poprzez obecność, czas poświęcony ludzkim troskom i potrzebom, słowem: gdy złożył siebie w ofierze dla tych, którzy zostali mu powierzeni. Bóg zatem posiada to prawo w najwyższym stopniu, gdyż odwiecznie nam się ofiarowuje: w stwórczej Dobroci, Opatrzności, Odkupieniu.

Boży gniew i upomnienie

Na przestrzeni całej historii zbawienia słychać zatem świst bicza, który w rękach kochającego Boga służy jako narzędzie nawrócenia krnąbrnego Ludu:

Gdzie was jeszcze uderzyć,
skoro mnożycie przestępstwa?
Cała głowa chora, całe serce osłabłe;
od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej:
rany i sińce i opuchnięte pręgi,
nie opatrzone ani nie przewiązane,
ni złagodzone oliwą.(Iz 1, 5-6)

Czy mamy być zgorszeni takim postępowaniem Pana i Jego rzekome "okrucieństwo" złożyć na karb Starego Testamentu, z którego okowów są wyrwani żyjący już nie "pod Prawem", lecz "w łasce"? Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Jeśli jesteście bez karania, którego uczestnikami stali się wszyscy, nie jesteście synami, ale dziećmi nieprawymi (Hbr 12,7-8). Są to słowa nowotestamentalne, nakazujące interpretować prześladowania jako wychowawcze działanie Boga. W podobny sposób stawiali sprawę Ojcowie Kościoła, zwłaszcza w okresie przedkonstantyńskim, gdy chrześcijanie często stawali się przedmiotem ataków lub eksterminacji. Przywołajmy chociażby świętego Cypriana z Kartaginy, który w III w., za panowania cesarza Decjusza, każe dopatrywać się źródeł kolejnej fali prześladowań w licznych grzechach uczniów Jezusa. Wymienia je szczegółowo, poczynając od występków duchowieństwa. Cierpienie doświadczane za sprawą wrogich chrześcijaństwu poczynań Decjusza jest skutkiem niewierności, która pobudza gniew Pana. Pismo święte kilkaset razy mówi o gniewie Boga. Stanowi on najpierw reakcję na zepsucie i samobójcze decyzje Ludu, który, łamiąc Przymierze, odchodzi od jedynego Oblubieńca i poniża się we flirtach z Baalem. Gniew pobudza Pana do walki o umiłowany Lud, świadczy o tym, że losy Jego Ludu nie są Mu obojętne. Niezliczone nieszczęścia, jakie spadały na Izrael, upokorzenia spowodowane pustoszącymi najazdami okolicznych narodów, deportacje i niewole, klęski żywiołowe, przegrane walki, stanowiły bolesne ciosy karcącej ręki kochającego Ojca.

Dlatego się rozpalił gniew Pana
przeciw swojemu ludowi,
wyciągnął na niego rękę, by wymierzyć cios,
aż góry zadrżały.(Iz 4, 25)

Doświadczany Lud, pouczany przez proroków, potrafił zrozumieć sens swoich udręk:

Oto Tyś zawrzał gniewem, bośmy grzeszyli
przeciw Tobie od dawna i byliśmy zbuntowani.
My wszyscy byliśmy skalani,
a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata.
My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście,
a nasze winy poniosły nas jak wicher.
Nikt nie wzywał Twojego imienia,
nikt się nie zbudził, by chwycić Ciebie.
Bo skryłeś Twoje oblicze przed nami
i oddałeś nas w moc naszej winy.
A jednak, Panie, Tyś naszym Ojcem.
Myśmy gliną, a Ty naszym twórcą.
Dziełem rąk Twoich jesteśmy my wszyscy.
Panie, nie gniewaj się tak bezgranicznie
i nie chowaj w pamięci ciągle naszej winy!(Iz 64, 4-8)

Niezmiennie Stwórca " zazdrośnie pożąda [...] ducha, którego w nas utwierdził" (Jk 4, 5). Ilekroć więc postępujemy jak cudzołożnicy, którymi stajemy się poprzez przyjaźń ze światem (w nowotestamentalnym znaczeniu tego słowa, to jest ze wszystkim, co w tym świecie sprzeciwia się Bogu i Jego prawdzie), powinniśmy spodziewać się gniewu Pana. Co odróżnia ów gniew od zemsty? Odwet jest ostatnim słowem w konflikcie. Zamyka sprawę w poczuciu wypełnionej sprawiedliwości. Jak na filmach: zdradzony mąż zabija kochanka niewiernej żony i, według ściśle ustalonego scenariusza, udaje się w inne miejsce, aby rozpocząć nowe życie. W działaniu Boga, ostatnim słowem jest wezwanie: "Wróć". Karcenie ma za cel przemianę serca, zdobycie na nowo dla siebie niewiernej Oblubienicy:

Wróć Izraelu-Odstępco - wyrocznia Pana.
Nie okażę wam oblicza surowego, bo miłosierny jestem - wyrocznia Pana -
nie będę pałał gniewem na wieki.
Tylko uznaj swą winę,
że zbuntowałaś się przeciw Panu Bogu swemu.
[...] Jeśli chcesz powrócić, Izraelu, możesz do Mnie powrócić [...], a jeśli oddalisz swe bóstwa,
nie potrzebujesz się błąkać z dala ode Mnie.(Jr 3, 12-13; 4, 1)

Odpowiedź, którą rodzi zesłana udręka najpiękniej wyraża się w ufnym wezwaniu:

Chodźcie, powróćmy do Pana!
On nas zranił i On też uleczy,
On to nas pobił, On ranę zawiąże.
Po dwóch dniach przywróci nam życie,
a dnia trzeciego nas dźwignie.(Oz 6, 1-2)

Jest to Boska umiejętność nazywać grzech po imieniu, dawać odczuć ciężar odstępstwa przez karę, nie odcinając zarazem drogi powrotu. Kiedy Bóg wypowiada walkę naszemu grzechowi, potrafi, co prawda, boleśnie zranić "przeciwnika", lecz nigdy nie pozbawia go szans na prośbę o ułaskawienie. Stawką jest bowiem życie albo śmierć. Przegrana człowieka oznacza jego zwycięstwo: dać się pokonać, uznając własną winę, i zdobyć się w najgłębszym upokorzeniu na decyzję: "Wstanę i pójdę do mojego Ojca". Zacięcie się w urażonej dumie to trwanie w śmierci, którą sprowadził grzech. Jezus od momentu, kiedy raz wszedł w starcie z faryzeuszami i uczonymi w Prawie, nie zrezygnował ani przez chwilę z prób przebudzenia ich z otumanienia hipokryzji, raniąc raz po raz ostrym słowem jak mieczem. Charakterystyczna w tej konfrontacji jest troska o każdorazowe pozostawienie uchylonych drzwi-szansy. Uderza nie dla zamroczenia, lecz po to, by rozjaśnić w głowach. W odpowiedzi na najbardziej bolesne i przewrotne oskarżenie o konszachty z Belzebubem, mocą którego "hoksztapler" z Nazaretu wyrzuca złe duchy, Jezus apeluje do zdrowego rozsądku: Jak królestwo, w którym trwa wojna domowa, może znakomicie prosperować?! Ową Boską pedagogią kieruje "świadomość" prawdziwego oblicza wszelkiego grzechu i nieprawości. Człowiek w rzeczywistości jest bardziej jego ofiarą niż sprawcą. Pan modlił się na krzyżu: "Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią". Jeśli wchodzimy we flirt ze złem, postępujemy jak dzieci, które czując, co prawda, że łamią zakaz rodziców, nie są w pełni świadome rozmiarów katastrofy, jakią mogą spowodować. Nieszczęśnika trzeba zatem uwolnić ze śmiertelnego zagrożenia, nie zaś odrzucić. "Zbawić, a nie potępić" (J 3, 17). Bóg patrzy na nasz grzech bardziej w kategoriach dramatu niż draństwa. Miłość Boża, którą Duch Święty rozlewa w naszych sercach jest zarazem czuła, mocna, pełna miłosierdzia i stanowcza. "Nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą" (Rz 13, 6). Nie szuka swego, lecz dobra ukochanych istot. Dobro to jednak widzi nie w perspektywie maksymy: "Aby wszyscy dobrze się czuli", lecz według powołania do pełni życia. Gniewa ją więc każdy przejaw śmierci i jej panowania, dlatego walczy, lecz nigdy na oślep.

Spotkania

Zobaczmy teraz, jak Ewangelia przedstawia spotkanie wyzwalającego Bożego miłosierdzia z konkretnymi osobami.

Doświadczenie niegodności.
Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: "Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów". A Szymon odpowiedział: "Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci". Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli wiec na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny". I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił". I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim (Łk 5, 4-11). Piotr na początku swej drogi u boku Mistrza widzi cud Jezusa, cud ewidentny dla niego, świadczący o mocy i niezwykłości Pana. Dla rybaka połów mnóstwa ryb po frustrującej, bezowocnej całonocnej pracy jest mocnym znakiem. Jednocześnie Piotr dostrzega swoją grzeszność. Cud rzuca go do nóg Pana, świadomość grzeszności nie pozwala widzieć możliwości pozostania w Jego bliskości ("Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny") To jest przypowieść o modlitwie, którą powinniśmy zanosić do Jezusa w chwilach wewnętrznego dysonansu: jeszcze słyszymy dźwięk Bożej melodii, jej piękna a jednocześnie wdziera się w to brzmienie fałszywy ton naszego grzechu. Czujemy zapach, woń Chrystusa, który kocha, okazuje swoją moc, interweniuje w oczywisty sposób, a zarazem czujemy smród naszej niewierności, niestałości, rozchwiania. Zetknięcie świętości i grzeszności. Dramatyczna modlitwa u stóp Jezusa. Czuję się niegodny, ale przypadam Mu do nóg. Nie wolno ci wtedy odejść. Diabeł zrobi wszystko, żeby cię do tego nakłonić. To jest kawał drania. Powie: "Nie wygłupiaj się, kochanienieńki! Kogo z siebie robisz?" Pan zechce cię przekonać, że jesteś przez Niego powołany jako wybrany uczeń. Przecież jeżeli pozwala ci doświadczać cudów, chce w ten sposób rozbudzić twoją wiarę i pociągnąć za sobą. Z takiej modlitwy masz wyjść poza rozdźwięk między świętym a grzesznym. Masz porzucić porównanie. Masz odkryć, że Święty powołuje ciebie, grzesznika, abyś poszedł za Nim i był na Jego służbie.

Doświadczenie skruchy serca i zaufania.
Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą". Na to Jezus rzekł do niego: "Szymonie, mam ci coś powiedzieć". On rzekł: "Powiedz, Nauczycielu!" "Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?" Szymon odpowiedział: "Sądzę, że ten, któremu więcej darował". On mu rzekł: "Słusznie osądziłeś". Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje". Do niej zaś rzekł: "Twoje grzechy są odpuszczone" (Łk 7, 36-48). Dla kobiety z Ewangelii, która łzami oblewa stopy Mistrza, nie liczą się ludzkie względy. Jedynie pragnienie, aby ocalić swoje życie w Jezusie. Ona przychodzi do domu faryzeusza, gdzie są goście z tych sfer, które obdarzały ją największą pogardą. Jej determinacja jest tak ogromna, że potrafi to wszystko zawiesić, zapomnieć. Kobieta nie mówi nic. Istotą tego spotkania z miłosiernym Jezusem jest zawierzenie Jego odnawiającej miłości. Przeżywa swą bezradność u stóp Jezusa i zarazem zaufanie Jego mocy. Drogocenny olejek oznacza jej życie powierzone Jezusowi. Wylane serce na Niego samego. Poprzednie naczynie, w którym był olejek, zostało rozbite. Kobieta doświadczyła swojej kruchości, doświadczyła, że jest glinianym naczyniem, niezdolnym utrzymać drogocennej zawartości. Przelewa siebie w Jezusa, aby w Nim znaleźć bezpieczeństwo i schronienie. Oddaje Mu swoje życie. W świetle przedstawionej sceny można powiedzieć, że istotą spowiedzi jest powierzenie swojego zranionego serca Zbawicielowi. On, jako jedyny, może ocalić moje życie. Wyzwolić mnie od zagrożenia, od zniszczenia. "Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku" (Iz 42, 3).

Doświadczenie rozdarcia
Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: "Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu". Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: "Do grzesznika poszedł w gościnę". Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: "Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie". Na to Jezus rzekł do niego: "Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło" (Łk 19, 1-10). Zacheusz jest człowiekiem rozdartym: z jednej strony pragnie zmiany, nawrócenia, porzucenia grzechu, równocześnie jednak jest przekonany, że to nie może się zdarzyć. Chce żyć inaczej. Jezus pojawia się jako światło w mroku, jako ostatnia deska ratunku. Celnik wie, że Mistrz z Nazaretu jest kimś, kto zmienia ludzkie życie, podnosi z upadku, uzdrawia serca. Dlatego bardzo chce Go zobaczyć. Z drugiej strony popatrzenie na Jezusa jest w mniemaniu Zacheusza wszystkim, co może uczynić. Słyszy bowiem w sobie głos: "To niemożliwe, żeby cokolwiek się stało". Bohater z Jerycha ma świadomość, jak kolosalnie wiele w jego życiu musiałoby ulec przeobrażeniu, gdyby podjął łaskę Pana. Ogrom tej perspektywy wydaje się nie do ogarnięcia. Celnik - to grzech dwadzieścia cztery godziny na dobę; to jego utrzymanie, zawód. Wszystkie mosty łączące go niegdyś z rodakami są spalone: skrzywdzeni ludzie, zszargana reputacja. Nawrócenie nie polega w jego wypadku na porzuceniu jakieś jednej słabości, niegodziwości. Wiąże się z absolutną rewolucją. Trudno mu dopuścić myśl, że jest to realne. Niesiony pragnieniem włazi na drzewo, aby choć zobaczyć Mistrza, gdy będzie przechodził obok. Wtedy staje się cud. Jezus ściąga celnika na ziemię i wprasza się do jego domu. Idzie do komory celnej zbudowanej z grzechu, zdrady, zdzierstwa. Dom Zacheusza - całe jego dotychczasowe życie wypełnia światło Bożego miłosierdzia. "Zbawienie staje się udziałem tego domu".

Nasze spotkanie z Miłosiernym - Spowiedź

Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20, 22). Te słowa są jasne: Bóg udziela swojego przebaczenia przez ludzkie ręce. Więcej, wcale nie muszą to być ręce świętego księdza, żeby przez nie Bóg podarował człowiekowi swoje miłosierdzie. Apostołowie, jak dobrze wiemy, byli słabymi ludźmi, którzy rywalizowali ze sobą, kto jest lepszy, większy. To oni przecież, z wyjątkiem Jana, pouciekali ze strachu, kiedy zaaresztowano Pana. I to do nich właśnie, i konsekwentnie do wszystkich kapłanów świata: tych cudownych i kiepskich, mówi: "Odpuszczajcie grzechy. W mocy Ducha Świętego bierzcie je od ludzi i wyrzucajcie w nicość. Za waszym pośrednictwem będę obdarzał grzeszników moim miłosierdziem". Krótko mówiąc: fakt ludzkiego, kapłańskiego pośrednictwa w odpuszczaniu grzechów jest w chrześcijaństwie niepodważalny. Ale na przestrzeni historii zmieniał się sposób sprawowania tego sakramentu. Początkowo, przez pierwsze sześć wieków, jeżeli ochrzczony dopuścił się poważnego grzechu przeciwko przykazaniom Dekalogu, wyznawał swą winę biskupowi i ten nakładał mu pokutę, która była publiczna. To znaczy człowiek stał w kościele podczas Mszy na specjalnym miejscu, odosobniony, a gdy nadchodził moment Komunii, musiał wyjść z kościoła. Nie wolno było mu też w czasie pokuty, która czasami trwała wiele lat, brać udziału w rozrywkach, ale miał oddawać się modlitwie, dziełom miłosierdzia, pościć. Gdy skończył się czas pokuty i stwierdzono, że grzesznik naprawdę nawrócił się, odżałował, wtedy biskup przed całą wspólnotą Kościoła wkładał na człowieka ręce i modlił się wraz z innymi o odpuszczenie grzechów. Od tej chwili pokutnik wracał na łono Kościoła, był radośnie przyjmowany przez wszystkich i mógł wraz z innymi przyjmować Komunię. Wspólna uczta radości, bo brat wraca do domu i prosi o przyjęcie. Mniej więcej od VII wieku zaczyna się rozszerzać inny zwyczaj. Rezygnuje się z publicznej pokuty. Ten, kto upadł w poważny grzech, wyznawał go kapłanowi. Gdy ten stwierdził, że człowiek autentycznie żałuje za to, co zrobił, i chce to naprawić, nadawał pokutę i udzielał rozgrzeszenia. Taka praktyka zachowała się do naszych czasów. Zatrzymajmy się na chwilę nad słowem "wyznanie". Bo spowiedź to właśnie wyznanie grzechów. Po łacinie confessio, stąd nazwa na naszą drewnianą budkę: konfesjonał. Zauważmy, że tego słowa nie używamy zbyt często. Ono odnosi się bowiem do trzech najistotniejszych rzeczywistości: wyznaje się miłość, wiarę oraz właśnie grzechy. Jest jakaś powaga w wyznaniu. Dzieje się coś szalenie istotnego. Kiedy dwoje ludzi wyznaje sobie miłość, coś radykalnie się zmienia w życiu obojga. To jest początek nowej, wspólnej drogi. Wyznanie zawiera w sobie pewną nieodwołalność. Kiedy zatem wyznajemy grzechy, pragniemy radykalnej i nieodwołalnej zmiany. Kończy się to, co było, odrzucam grzechy, aby rozpocząć od nowa życie w jedności z Bogiem. W spowiedzi jest miejsce na pewien rodzaj terapii. Leczenie polegające na odkrywaniu korzeni grzechu, jego głębszych podstaw, drugiego dna. Równie ważny wymiar to pomoc w rozpoznawaniu Bożych oczekiwań, Jego osobiście skierowanej miłości, która ma prowadzić danego człowieka. Najważniejszą jednak rzeczą, która dokonuje się w spowiedzi jest pojednanie z Panem Bogiem. Nawiązanie utraconej więzi miłości, którą się przekreśliło przez pójście za czymś sprzecznym z Jego mądrą miłością. I powiedzmy sobie jasno, że jeśli ktoś nie przeżywa na co dzień miłości do Boga jako realnej, kształtującej jego życie więzi, nie będzie też odczuwał pragnienia, żeby ją naprawiać, gdy się zerwie.

Problem z głowy

Niekiedy spotykamy się z zarzutami pod adresem katolików, że w sprytny sposób załatwiają problem swoich grzechów. Mianowicie naświntuszą, narozrabiają, a następnie powiedzą o tym księdzu na ucho w konfesjonale i mają problem z głowy. Mają problem z głowy, to znaczy mogą znów robić to samo, aby po jakimś czasie ponownie pojawić się w konfesjonale i powtórzyć całą operację. Taki zarzut jest bardzo ciekawy. Pokazuje, że czasami jesteśmy postrzegani jako ludzie, na których życie wyznawanie grzechów Bogu nie wywiera realnego wpływu. Przedstawiony zarzut oczywiście tylko częściowo jest prawdziwy. Wcale nie tak wielu katolików spowiada się z dobrym samopoczuciem. Najczęściej ludzie mają świadomość, że noszą w sobie pewien nie rozwiązany problem, słabość, która powróci. Wiedzą też, że do ważności sakramentu pojednania należy naprawienie tego, co się zepsuło. W związku z tym wszystkim niejeden człowiek woli w ogóle się nie spowiadać, przyjmując postawę "uczciwości". Postawa ta oznacza, że zawiesza się uczestnictwo w sakramencie pojednania do momentu pełnego postanowienia poprawy. Warto jednak zastanowić się, czy nie mamy zbyt rygorystycznego wyobrażenia o owym "postanowieniu". Nie możemy, przyznajmy, obiecać na sto procent sobie i Bogu, że już nigdy więcej mój "wybryk" się nie powtórzy. Nie zawsze też jesteśmy w stanie usunąć z serca pragnienie powrotu do grzechu, który często popełniamy. Czasami możemy jedynie, ale przecież to już jest bardzo wiele (!), powiedzieć Panu: "Pociąga mnie zło, które mnie niszczy. Boję się, że pokusa znów okaże się silniejsza. Oddaję Ci moje rozdarcie. Pomóż mi, umocnij moje kruche pragnienie zmiany". Taka modlitwa, gdy płynie z głębi serca, stanowi autentyczne postanowienie poprawy. Naprawdę czynimy wówczas zadość istotnemu warunkowi spowiedzi. A swoją drogą nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy ktoś myśli o swoim grzechu w taki sposób: "A, zrobię to, bo i tak Pan Bóg mi to wybaczy, gdy się do Niego zwrócę w spowiedzi". Jeżeli ktoś myśli w podobny sposób, to bardzo niewiele, albo i nic, nie pojmuje z Bożych planów wobec siebie. Przecież to jest tak, jak gdyby mąż myślał sobie: "Mam wyrozumiałą, wspaniała kochającą żonę, więc ją zdradzę. Potem pójdę do niej i przeproszę, i wszystko będzie znowu cacy. I podobnie zrobię jeszcze wiele razy, wiele razy ją zdradzę, bo tak bardzo mnie kocha i jest pełna dobroci. Na pewno więc będzie zawsze przebaczać". Człowiek myślący w taki sposób nigdy nie zbuduje żadnej prawdziwej i głębokiej miłości ze swoją żoną. Boże miłosierdzie nie ma stanowić furtki dla naszych grzechów, ale szansę odbudowywania miłości, którą z głupoty, słabości zdradzamy. I postawa serca, gdy przychodzimy po miłosierdzie, powinna być pełna szczerego pragnienia, aby już nigdy nie zdradzać Miłości.

TAJEMNICA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

"Jego miłosierdzie trwa na wieki"

Od początku świata, od momentu, kiedy Bóg sprawił, że człowiek stał się jego wybranym i umiłowanym stworzeniem, Pan zapragnął, abyśmy dzielili Jego życie. I kiedy dokonał się dramat grzechu, który stanął w poprzek Bożych planów, On nigdy nie zapomniał o swoim zamiarze, aby człowieka wprowadzić do swojego serca. Cała historia przygody ludzi i Boga zapisana w Biblii opiera się na miłosiernej pamięci i pragnieniu, aby umiłowane stworzenie osiągnęło przygotowane dla niego szczęście. Kluczem mogą być słowa z Pisma świętego:

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.(Iz 49, 15)

Pan nigdy nie zapomniał, po co stworzył człowieka. Nigdy nie zniechęcił się jego odejściami, krnąbrnością, uporem, słabościami. Był cierpliwy do bólu. Niezłomnie wierny swojej miłości. Ta wierność to właściwie inne imię Jego miłosierdzia. Z pokolenia na pokolenie prowadził ludzkość, przygotowując ją na pewien niezwykły moment historii, w którym Jego miłosierdzie, nie gasnąca pamięć o tym, że człowiek ma być zbawiony, miało zajaśnieć z ogromną mocą. Tym momentem w historii było poczęcie Bożego Syna w łonie Dziewicy Maryi. Narodzenie Jezusa to krzyk Bożego miłosierdzia: "Nie zapomniałem o tobie, moje ukochane dziecko". Nie pozostawiłem cię w samotności twojego zagubienia, słabości i grzechu. Przychodzę, aby zajaśnieć w twoich ciemnościach. Aby wziąć cię za rękę i poprowadzić do mojego serca. Przychodzę, aby zaprosić cię do dzielenia mojego życia. Ja przyjmuję ludzkie życie, rodząc się jako dziecko, abyś ty przyjął moje. By w ten sposób spełniło się wreszcie moje marzenie wobec ciebie. Byś zamieszkał w mojej miłości na zawsze. Bóg nie zapomniał o tobie. Nie przestał pragnąć, abyś spotkał Go i odnalazł w Nim swoje prawdziwe i nieutracalne szczęście. Bo Jego miłosierdzie trwa na wieki. Największym zaś tego znakiem jest Jego obecność w osobie Jezusa Chrystusa, Boga przychodzącego do ciebie po ludzku: w pokorze i prostocie.

"Obrazy miłosierdzia"

Jezus wielokrotnie głosił Boże miłosierdzie, posługując się przypowieściami, niejednokrotnie szokującymi dla słuchaczy. Niosą one i dla nas wiele światła na drodze spotkania ze Zbawicielem. Trzeba nam dzisiaj uwspółcześnić ich treść.

Otwarte ramiona
Pewien człowiek miał dwóch synów i jeden z nich zapragnął się usamodzielnić. Wziął więc tę część majątku ojca, która na niego przypadała, i wyprowadził się z domu, wynajmując jakąś willę w całkiem innym mieście. Ale że nie był człowiekiem zbyt gospodarnym, nie zainwestował pieniędzy w akcje jakiegoś zakładu czy fundusz prywatyzacyjny, ale co wieczór organizował ostre imprezy u siebie. Młodzież z tego miasta szybko dowiedziała się, że powstał taki nowy, nieoficjalny odlotowy pub. W ten sposób dość szybko pozbawił się pieniędzy, a co za tym idzie imprezowych przyjaciół i musiał się zabrać do mało płatnej i upokarzającej pracy w tamtejszym byłym pegeerze. I w tej nieciekawej sytuacji naszła go taka myśl: "Źle zrobiłem, odchodząc od ojca. Powinienem wrócić, bo, jak tak dalej pójdzie, umrę z głodu". Jak pomyślał, tak zrobił. Jak się zachował ojciec? Tak się ucieszył z powrotu syna, że zapomniał o łajaniu go, moralizowaniu, pouczaniu, ale rzucił się chłopakowi na szyję i kazał przygotować uroczysty obiad (por. Łk 15, 11-32). Miłosierdzie Boga to zgoda na mój powrót, niezależnie od tego, jak daleko odszedłem od Niego. Bóg nie jest mściwy, nie będzie krzyczał na człowieka: "Odejdź, jak śmiesz w ogóle prosić o przebaczenie, po tym, co zrobiłeś!" Miłosierdzie Pana to Jego otwarte ramiona witające powracającego syna z pustymi kieszeniami. Jezus raz na zawsze zaświadczył o takim Bożym miłosierdziu, gdy na krzyżu rozciągnął swe ramiona, aby czekać i przygarnąć powracających. Zawsze mogę do Niego powrócić, nigdy mnie nie wyrzuci za drzwi. Zawsze w progu przywitają mnie otwarte ramiona czekającej Miłości.

Bóg szukający
Pewien średnio zamożny człowiek był właścicielem stu sztuk owiec. Taki początkujący rolnik-biznesmen. Któregoś dnia chłopak, którego ów pan zatrudnił do pilnowania owieczek, przysnął i jedno zwierzątko poszło sobie zwiedzać okolice. Nie była to zbyt bezpieczna wyprawa, albowiem w tamtych stronach kręciły się wilki i równie drapieżni sąsiedzi, łasi na bezpańskie stworzenie. Co zrobił właściciel? Nie powiedział sobie: "Eee, co tam jedna owca, mam przecież jeszcze dziewięćdziesiąt dziewięć", ale w te pędy pobiegł jej szukać. I kiedy udało mu się ją odnaleźć, ucieszył się bardzo, a chłopakowi, który pomógł odnaleźć zgubę z radości fundnął piwo (por. Łk 15, 1-8). Czym jest w świetle tej przypowieści Boże miłosierdzie? W oparciu o historię syna marnotrawnego mówiłem, że owo miłosierdzie wyraża się w gotowości przyjęcia, pragnieniu przyjęcia człowieka, który powraca po jakimś grzesznym "skoku na bok". Przypowieść o zagubionej owcy mówi jeszcze coś więcej, objawia bardziej szokującą prawdę. Bóg nie tylko jest gotów przygarnąć grzesznika, ale sam go szuka. Nie siedzi z założonymi rękami, mówiąc: "No, długo jeszcze mam czekać na ciebie?" Nie, On wybiega w świat, aby odnaleźć zagubionego człowieka. Bóg jest miłosierny szalenie aktywnie. Niekiedy próbuje podesłać ci jakiegoś człowieka, który pomoże zobaczyć, że jesteś daleko, że grozi ci niebezpieczeństwo, duchowa śmierć. Kiedy indziej Pan może wpędzić cię w poważne tarapaty, gdzie nagle otworzą ci się oczy na to, że zbliżasz się do przepaści. Bóg w swoim miłosierdziu szuka człowieka. Niekiedy dopadnie cię w wewnętrznym smutku, budząc pragnienie innego, sensowniejszego życia, w świetle Jego Prawdy, Ewangelii. Niekiedy Bóg poszukujący ściśnie serce żalem, że nie umiesz kochać, że ranisz ludzi swoim egoizmem, i zatęsknisz za pełnią miłości Boże miłosierdzie nie czeka z obojętnym uśmieszkiem, przyglądając się ludzkim zmaganiom ze złem. On jest tym, który poszukuje grzesznika.

Siedemdziesiąt siedem razy
Sięgnijmy po jeszcze jeden przykład Bożego miłosierdzia, który możemy znaleźć w słowach Jezusa: Któregoś dnia podszedł do Mistrza Piotr, który pokłócił się po raz kolejny z Janem, zazdrosnym o jego pozycję pierwszego wśród Apostołów, i zapytał Jezusa: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy" (Mt 18, 21- 22). To musiał być niezły szok dla Piotra, który, chcąc podkreślić swoją wielkoduszność, podał aż tak zawyżoną, jego zdaniem, liczbę, a został znokautowany nakazem, żeby zawsze być gotowym przebaczyć, gdy winowajca o to poprosi. Cała ta scena pokazuje jedną zasadniczą różnicę między naszym, ludzkim, a Boskim podejściem do przebaczenia. My traktujemy je w kategoriach rzuconego ochłapu naszej pseudowielkoduszności. Mówimy w głębi serca: "Postąpiłeś jak ostatni łajdak i nim jesteś, ale znaj mą dobroć, draniu, wybaczam ci". No, oczywiście ile razy można tak powtarzać pod adresem tego samego człowieka. Za którymś razem myślimy sobie: "Zejdź mi z oczu, brzydzę się nawet ciebie dotykać, nie licz już na nic". Bóg mówi inaczej: "Najbardziej w świecie pragnę, żebyś porzucał zło, w które się wikłasz, a biegł drogą miłości do mnie. Zawsze jestem gotów wesprzeć cię choćby w milionowej próbie życia, jako dziecko światła, jako moje dziecko. Nigdy nie zmęczę się, by dodawać ci sił do nawrócenia, ponieważ kocham cię". Bóg przebacza zawsze, to znaczy nigdy nie powie: "Stary, to już ostatni raz, potem nie próbuj nawet ze mną gadać". Nie istnieje próg cierpliwości Boga, który spowodowałby Jego zacięcie się w sobie i odmowę przebaczenia. Jedynie czego możemy się bać, to naszego zacięcia się w grzechu.

Wewnętrzna przemiana

Grzech przekłada się w naszym doświadczeniu na bardzo konkretne postawy. Tradycyjnie postawy te nazywamy grzechami głównymi. Stanowią one glebę złych nawyków, z której wyrastają nasze codzienne lżejsze lub cięższe grzechy. Boże miłosierdzie sięga do tej gleby, by przemienić ją w życiodajną ziemię, rodzącą niezliczone cnoty, które znaczą naszą wolność w miłości. Jak na co dzień grzechy główne obracają się w cnoty?

Pokora w miejsce pychy
Pyszałek bardzo szybko doprowadza siebie do tego, że przestaje się rozwijać. Wyobraża sobie bowiem, że jest już całkiem świetnym i mądrym gościem. Sam podziwia siebie i tego też oczekuje od innych. Poza tym niczego innego od nich właściwie nie oczekuje. Cóż mądrego bowiem mogą oni powiedzieć? Przecież kwintesencja mądrości już została ujęta w jego własnych słowach. Nie chodzi tu tylko o opinie, poglądy, ale o to, jaki człowiek jest. Pyszałek nie rozwija się, nie zmienia, nie staje się dojrzalszy, lepszy, bardziej zdolny do miłości, wpatrzony bowiem w swoją rzekomą doskonałość, jest ślepy na to, co w nim skarlałe, niedorosłe, głupie, egoistyczne. Oczywiście bardzo trudno lubić pyszałka. Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy w stanie darzyć sympatią nawet bardzo niedojrzałych ludzi, pod warunkiem jednak, że oni uznają swoją niedojrzałość. Człowiek pyszny w ogóle się nie modli albo postępuje jak faryzeusz z ewangelijnej przypowieści, który przechwalał się przed Bogiem swoją porządnością i świętością. Przy okazji gardził ludźmi, którzy w jego oczach wydawali się o wiele gorsi. Pyszny bowiem wpatruje się w siebie, a nie chce podnieść wzroku wyżej na samego Boga z Nim siebie porównać. Nie chce pozwolić, aby Bóg pokazał mu prawdziwe człowieczeństwo, jakie dla niego zamierzył. Nie chce zrezygnować z samozadowolenia i dlatego woli pozostać przy własnym projekcie świetnego człowieka. Na szczęście Jezus przemienia miłosierdziem nasze serca. Może wyzwolić od pychy. Jak to się dzieje i jakie są znaki takiego nawrócenia? Bóg pozwala ukochać prawdę. Pozwala nie uciekać od ludzi, którzy pomagają mi orientować się w jakości mojego życia. Bóg pomaga pragnąć rozwoju, dorastania. Dorastania do pełni tego obrazu, który jako kopia Bożego obrazu, namalowany jest w moim sercu. Dorastanie do obrazu Boga może stać się czymś upragnionym. To jest dobra droga. Dobry cel. Poddaję się więc temu kształtowaniu, które przybliża mnie do celu. Pozwalam się ociosywać, nawet kiedy to boli, bo wiem, że to dla mojego dobra. Nawet kiedy nie rozumiem Bożego prowadzenia, kiedy wydaje mi się, że coś tracę, ufam, że Pan wprowadza w moje życie swoje plany, że mnie rozwija, upiększa. Boże miłosierdzie prowadzi mnie więc od pychy do pokory. To jest właśnie pokora: Uznanie, że zagubiłem swoje piękno; uznanie, że sam Pan jest pięknem, jakie ma się na nowo we mnie rodzić. Uznanie, że jest ono możliwe do odzyskania poprzez poddanie się działaniu Boga, którego nie zawsze muszę rozumieć. Gotowość uznania na każdym etapie prawdy o sobie, zwłaszcza prawdy o schodzeniu z drogi do Niego, który mnie prowadzi do szczęścia. Pokora to bycie w drodze do pełni życia w Bogu, w miłości. I kiedy widzę, że, idąc tą drogą naprawdę się rozwijam, rodzi się radość, duma. Ta, jako zadowolenie z rozwoju, nie ma nic wspólnego z pychą, która jest narcystycznym samozadowoleniem z jakiegoś raz na zawsze ustalonego stanu rzeczy. Wobec ludzi, z którymi się stykam, pokora działa wyzwalająco, bo człowiek umie przyznać się, że stać go na rzeczy głupie, i już to strzeże go przed pewną ilością działań na szkodę bliźniego. Zaczyna też trochę więcej słuchać, bo umie przyznać, że nie zjadł wszystkich rozumów świata.

Złagodzić gniew
Gniew nachodzi człowieka np. wtedy, gdy ma ochotę zabić drugiego, ponieważ z jego strony spotkało go coś złego. Nawet jeśli w większości wypadków nie rzucamy się z siekierą na człowieka, który jest naszym wrogiem, lub wydaje nam się, że nim jest, to jednak potrafimy w gniewie powiedzieć rzeczy straszne, zabójcze dla drugiego. Gniew zabija miłość. Dzieje się tak, ponieważ jeśli buzuje we mnie agresja, przestaję odróżniać człowieka, który mnie w jakikolwiek sposób krzywdzi, staje na drodze, przeszkadza, od tego, co on robi. Gniew jest ślepy, uniemożliwia spotkanie. Wali na oślep młotkiem tam, gdzie potrzebna jest pinceta albo laserowy skalpel. Gniew zwrócony jest przeciw złu. Grzeszny gniew jednak nie umie odróżnić zła od człowieka, który je czyni. Całkowicie ich identyfikuje. Stąd zniszczenie zła wiąże ze zniszczeniem człowieka. Jezus mówi więc: kto gniewa się na bliźniego, podlega sądowi za zabójstwo. Tak jakbyś darł pisany artykuł po każdym popełnionym błędzie. Niszczył malowany obraz po każdorazowym niedobrym pociągnięciu pędzlem. Niszczycielska pasja. Pan Bóg nie może posługiwać się takim narzędziem, jakim jest rozszalały furiat. Miłość bowiem to naprawdę zegarmistrzowska robota. Zawsze jeden drugiemu w różny sposób depczemy po piętach, ale żeby sobie nawzajem przebaczać i pomagać w rozwoju, trzeba dużej delikatności. Jak Boże miłosierdzie wyprowadza nas z grzechu walenia na oślep w człowieka, który nam staje na drodze i w czymś przeszkadza? Bóg daje nam nowe oczy w patrzeniu na innych ludzi. Niekiedy dzieje się to w taki sposób, że najpierw samych siebie trochę inaczej zaczynamy postrzegać. Na przykład doświadczam, jaki ja sam jestem skomplikowany. Jak się we mnie miesza dobro i zło; fajne pomysły i kiepskie ich realizacje. Życzyłbym sobie, żeby inni nie robili mi dzikich awantur, kiedy powinie mi się noga. Mogę wtedy zacząć rozumieć, iż nie trzeba na ludzi krzyczeć, że są beznadziejni, i w ten sposób zniechęcać ich do siebie i wpędzać we frustrację, ale konkretnie pokazywać, co mnie w kimś drażni. Łagodność, którą Bóg pozwala nam zastąpić niszczący gniew, pomaga bardziej precyzyjnie i bardziej wyrozumiale patrzeć na chwilowego przeciwnika.

Plajta chciwości
Na czym polega chciwość? Jest to taki rodzaj zniewolenia rzeczami, że zaczynają one znaczyć więcej niż ludzie, relacje z nimi. Łatwo tu oczywiście o pomylenie chciwości z oszczędnością, ale zazwyczaj potrafimy wyczuć różnicę. Kiedy na przykład nasz przyjaciel, budujący aktualnie swój domek jednorodzinny, zrobi skromniejsze niż zwykle przyjęcie imieninowe, to mówimy, że jest oszczędny. Ale kiedy bardzo zamożny wujek uraczy nas starym pieczywem sprzed paru dni i odgrzanym tygodniowym kotletem, to nie mamy złudzeń, że jest sknerą. Chciwość ma zdumiewającą moc niszczenia więzi między ludźmi. Musi do tego dochodzić, skoro najważniejszym kryterium naszego postępowania staje się pytanie: Czy to się opłaca? Czy nie będę na tym stratny, czy nie uszczupli się moja kasa, jeśli to czy tamto zrobię? Owszem fajnie byłoby razem pojechać w gronie przyjaciół na wakacje, ale lepiej zaoszczędzić te pieniądze i dusić się w mieście. A nawet jeżeli już jechać z nimi, to tak się ustawić, żeby oni pokryli większość kosztów. Chciwość może szybko doprowadzić do rozbicia w małżeństwie. Niech no mężulek będzie sknerą, a zamęczy swoją kobietę ciągłymi pytaniami i podejrzliwością odnośnie do wydanych pieniędzy. W takim domu nie będzie możliwe "szaleństwo" typu wyjścia do kina albo, z okazji rocznicy ślubu, do ekskluzywnej restauracji. Nie opłaca się, po co marnować pieniądze? Relacje między ludźmi potrzebują odrobiny szaleństwa, nie zaś patrzenia wyłącznie przez pieniądze. Chciwość zabija też wiele dobrych dzieł religijnych. Chciwy może być ksiądz, który nie pojedzie na rekolekcje do ubogiej parafii, która np. bardzo potrzebuje głoszonego Słowa. Wybierze się natomiast tam, gdzie spodziewa się porządnego prezentu od proboszcza. W jaki sposób Bóg w swoim miłosierdziu może wyzwolić człowieka od chciwości? Chciwiec, który mocno już nadpsuł wiele przyjaźni, relacji z bliskimi sobie ludźmi, ponieważ kierował się jedynie zasadą, czy to się opłaca, nagle może poczuć się samotny. Powiedzmy, że opuszczą go znajomi. Albo któryś z nich po prostu, żegnając się na zawsze, złoży mu serdeczne życzenia udławienia się pieniędzmi, dla których "olał" swoich bliskich. Bóg potrafi posłużyć się "mocnym uderzeniem", abyśmy jasno zobaczyli, do czego doprowadza skupienie się na pytaniu "czy to się opłaca?" Niekiedy chciwca może obudzić jedynie poważna plajta finansowa. Znamy z Ewangelii postać celnika Zacheusza, człowieka, który budował swoje dostatnie życie na krzywdzie innych. Ten człowiek doświadczył potężnej miłości Pana Jezusa. Nagle zobaczył swój egoizm, całe spustoszenie, jakiego dokonała jego chciwość. Zobaczył ubogich, na których pozostawał ślepy, i połowę nagromadzonych finansów przeznaczył na działalność charytatywną. Zdał sobie również sprawę, ilu ludzi cierpiało przez niego, i tym, których skrzywdził, zwraca pieniądze z obfitym naddatkiem. Stało się to wszystko w jego życiu, ponieważ ujrzał inny niż ten zogniskowany na forsie świat poprzez serce Jezusa. Doświadczył, jak drogocenna jest miłość. Nikt nie musiał go już przekonywać, że nie warto jej niszczyć, biegnąc za pieniędzmi. Wszystko to wcale nie znaczy, że Bóg chce mieć samych świętych Franciszków. Rzecz w tym, jaka jest w życiu hierarchia ważności. W końcu Zacheusz nie rozdał wszystkiego, ale jedynie połowę majątku. Dla Boga wszystko jest możliwe. Nawet otwarcie na miłość serca człowieka chciwego.

Sposób na nieczystość
Podobno w Stanach Zjednoczonych powstają, na wzór grup Anonimowych Alkoholików, grupy seksoholików. Są to ludzie, którzy, jak sami mają wyznawać w deklaracji wstępnej, stracili panowanie nad swoją seksualnością i nie potrafią bez lubieżności myśleć i postrzegać osób innej płci. Już na wstępie posłużyłem się przykładem rodem z USA, żebyśmy od początku porzucili wyobrażenie, jakoby chrześcijaństwo patrzyło na seks w kategoriach czegoś brudnego. Jeśli Pan Jezus przestrzega przed grzechem nieczystości, to właśnie w trosce o ten wymiar naszego człowieczeństwa. Nieczystość bowiem oznacza takie zachowanie, myślenie o erotyzmie, że kala jego obraz. Człowiek przestaje być zdolny do radości z niego, a przekształca się w niewolnika namiętności. Większość dramatów typu zdrada czy uwiedzenie nie wynika wcale z poszukiwania przygód, ale z podlegania zniewoleniu, wobec którego człowiek okazuje się zbyt słaby. Już stary mędrzec Syrach mawiał: Nie oddawaj siebie na wolę swych żądz, abyś jak bawół nie był [nimi] miotany. A zatem nieczystość jest najpierw zniewoleniem. Po drugie, spojrzeniem, które redukuje. Jezus mówi: Kto patrzy na kobietę po to tylko, żeby jej pożądać, dopuszcza się w sercu cudzołóstwa. Nieczystość okrada z całego bogactwa doznań, jakie nam Stwórca podarował, stwarzając mężczyzną i kobietą. Gość o nieczystym spojrzeniu będzie widział ładną dziewczynę od pasa w dół. Jest dla niego powabną samiczką, niczym innym. Ktoś o wolnym sercu i czystym spojrzeniu ma o wiele więcej strun swojej wrażliwości, na które oddziałuje piękno kobiety. W jaki sposób nieczystość wkrada się do serca, wyobraźni, naszych reakcji? Dzieje się tak, ilekroć człowiek sięga po namiastki erotyzmu. Namiastka jest przeciwieństwem prawdziwego bogactwa. Pan Bóg tak pomyślał nas, ludzi, że pełne bogactwo erotyzmu można ofiarować i przyjąć, kiedy cały człowiek, wraz z duchową stroną, z sercem, oddaje się innemu człowiekowi na zawsze. Wszystko inne jest namiastką, czyniącą nieczystym serce człowieka. Namiastką będzie więc dyskotekowy flirt, przelotny wakacyjny związek, nie mówiąc już o brutalnie odartym z jakiegokolwiek ludzkiego wymiaru przygodnym seksie. Namiastką jest poszukiwanie mocnych wrażeń związanych z pornografią wszelakiego sortu, co często łączy się z inną namiastką o nazwie auterotyzm, samogwałt. Z wszelkich tego rodzaju przygód wychodzimy poranieni i coraz mniej gotowi i zdolni do prawdziwej miłości. Namiastki bowiem są z gruntu egocentryczne. Impuls płynący z naszej cielesności, który Pan Bóg pomyślał jako wydobywający nas z siebie w kierunku drugiego dla okazania mu miłości i jej przyjęcia, zostaje spaczony i skierowany jedynie ku własnym korzyściom. Nieczystość wkrada się tam, gdzie nie chcemy czekać na doświadczenie jedynej miłości, miłości na zawsze, w której dane nam będzie całe bogactwo seksualności, a nie jej marne i trujące namiastki. Okruchami nie można się najeść, one jedynie pobudzają apetyt. Niestety wyzwalanie się z grzechu nieczystości jest najczęściej związane z bolesnym odkryciem, że jesteśmy bardzo weń uwikłani; że uwikłanie to ma cechy uzależnienia. Wówczas konieczne jest spotkanie ze spojrzeniem Pana, który najpierw mówi: "Kocham cię, nie grzesz więcej". Kiedy już upewni się, że nie ma w nas lęku przed Nim, obawy przed pogardliwym odrzuceniem wypowiada radykalne słowa: Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup i je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła (Mk 9, 43-47). Aby wyzwalać się z nieczystości, konieczny jest radykalizm. Odcięcie się od brudnych źródeł kalających naszą wyobraźnię - wszelkiej pornografii - gdy człowiek stał się niewolnikiem autoerotyzmu. Konieczne jest zerwanie znajomości, która stała się obsesją, zwłaszcza gdy ta relacja jest zdradą wierności małżeńskiej. Po takim cięciu pozostaje rana: słabość, która może powracać. Lepiej jednak bez ręki, oka i nogi żyć miłością, niż pogrążać się w piekle iluzji i zniewolenia.

Zazdrościć jak Bóg
Zazdrość jest jednym z głupszych grzechów. Człowiekowi nie daje spać szczęście czy choćby prosta radość drugiego. Żeby to jeszcze samemu być naprawdę pokrzywdzonym przez los, ale wcale nie najgorzej komuś się wiedzie, lecz smutkiem napawa go fakt, że ktoś jest również szczęśliwy. Zazdrość zabija prawdziwą radość. Najpierw radość z tego, co ja sam już mam. Smucę się tym, czego nie mam, a bez czego umiałem sobie spokojnie poradzić i mieć się nieźle, dopóki jakiś znajomek nie stał się posiadaczem tego czegoś. Nagle ów brak zaczyna mi doskwierać. Odkąd sąsiad kupił beemwicę, przestał mnie cieszyć mój sympatyczny kaszlak, maluszek. Inny przykład: Dziewczyna jest sympatyczna, sporo facetów ogląda się za nią na ulicy, bo ładnie Pan Bóg ją stworzył, ale że w jej otoczeniu znajduje się pretty woman w stylu Barbie, już nie potrafi być zadowolona z takiej siebie, jaką jest. Tak samo sprawy mają się ze zdolnościami, temperamentem itd. Zazdrość zabija też radość z tego, że ludzie mają się dobrze i że powodzi im się nie najgorzej. Nie potrafię się cieszyć udaną pracą dyplomową kumpla ze studiów albo wygraną w totolotka kogoś ze znajomych. Gorzko człek kwituje: "Głupi zawsze ma szczęście". Zazdrość zabija prawdziwą radość, dając w zamian jej zmałpowaną i niesympatyczną podróbkę Otóż kiedy ów wspomniany sąsiad rozwali swoją beemwicę wskutek gołoledzi, nagle powraca radość i nawet stary maluch ponownie zaczyna się podobać. Jest to chora radość zazdrośnika. Jak Boże miłosierdzie uwalnia z tej żałosnej postawy? Otóż sprawa jest niełatwa, ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Niekiedy podsyła nam ludzi, którzy uświadamiają nam nasze własne skarby, które otrzymaliśmy. Pierwsza zatem rzecz to dziękować za wszystko, co mnie tworzy. Ucieszyć się z własnych zdolności, urody, poczucia humoru, przyjaciół, rzeczy, zawodu. Ucieszyć się swoimi możliwościami i szansami. Po drugie Pan Jezus uzdalnia nas do wyrażania radości wobec kogoś, komu z naszego otoczenia się coś udało. Jeśli, nawet pomimo oporów, pogratulujesz mu sukcesu, ucieszysz się wraz z nim jego szczęściem, zazdrość zacznie uciekać. Podobnie działa pochwała pod adresem człowieka, który jest w czymś dobry, może lepszy ode mnie. Wreszcie Chrystus działa w sercu zranionym przez zazdrość i uzdrawia je, kiedy ów człowiek modli się za tych, którym czegoś zazdrości i dziękuje za nich Bogu. Nie wolno nam jednak przejść obojętnie obok faktu, że w Piśmie świętym Bóg nazywa siebie bardzo często Bogiem zazdrosnym. Co to znaczy? O co On może być zazdrosny? Otóż o nasze serce, które oddajemy na łup grzechu, flirtując z diabłem. Bóg doskonale wie, że ten związek nie wyjdzie nam na dobre. Wie, że zdradzając Go, sami się wpakujemy w poniżającą dla nas zależność. Bóg jest zazdrosny, to znaczy, że bardzo kocha i nie chce nas stracić, bo właśnie my wtedy najwięcej tracimy. Jest zazdrosny, widząc, że narażamy na szwank życiodajną miłość, jaka nas z Nim łączy, zgadzając się na zgubny flirt z grzechem i złem.

Zadziwić lenistwo
Duchowe znużenie, które potocznie nazywamy lenistwem, w relacji z Panem Bogiem dopada nas często. Oto zaczynają nas nudzić religijne praktyki... I trudno się dziwić, skoro z wolna, a potem coraz szybciej stają się sprawą rutyny, nie zaś serca. Rutyna może być trumną dla miłości do Boga. Gdy całkiem bezmyślnie chodzimy do kościoła, gdy do spowiedzi ciągnie nas nie przebaczający Bóg, ale jedynie przykazanie kościelne, to znaczy, gdy zapominamy, po co to wszystko i Kto za tym stoi, po pewnym czasie odczujemy bezsens tych działań i chęć "odpuszczenia sobie". Podobny koniec może spotkać naszą modlitwę. Zaczyna się od zbyt łatwo "usprawiedliwianych" - np. zmęczeniem, trudami całego dnia - przerw w codziennych rozmowach z Bogiem. Spotkania z Nim stają się sporadyczne, uzależnione od nastroju. Nastrój też może być trumną dla miłości do Boga. Pojawia się w nas religijna apatia, choroba duszy polegająca na braku motywacji do stawania w Jego obecności. Modlitwa staje się nużącym obowiązkiem, który z czasem wędruje do "lamusa". Miejsce oczywistości podpowiadanej przez wiarę: "Potrzebuję Ciebie jak powietrza", zajmuje ideologia pod szyldem: "Modlę się, kiedy czuję taką potrzebę". Nie trzeba długo czekać, aby poczuć przykrą woń gnijących owoców tej niemądrej ideologii. Zaczyna umierać nasza miłość do Boga. Przestajemy za Nim tęsknić, szukać Jego woli, dziękować za to, co nas spotyka. Religijność przestaje być wędrówką ku Umiłowanemu. Przemienia się w ciąg deklaracji, czasami w poczuciu, że tracimy coś ważnego. Powołani do życia błogosławieństwami - radością przemiany, jakiej dokonuje w nas Bóg - pogrążamy się w smutku, obojętności i zniechęceniu do stawiania kroków na drodze do Niego. Duchowe znużenie dopada również naszych relacji z najbliższymi. Potrafi, jak pajęczyna, opleść naszą miłość do ludzi szczelnym kokonem bezruchu, nudy. Z pewnością przynajmniej niektórzy z nas doświadczyli zmęczenia drugim człowiekiem, z którym pierwotnie łączyło nas bardzo wiele. To zmęczenie jest oznaką rodzenia się znużenia między nami. Spotkania, rozmowy przestają cieszyć, a zaczynają być męczące, i na domiar złego nie wiadomo właściwie dlaczego. Tak dzieje się w naszym życiu rodzinnym czy w miejscu pracy. Z własnego doświadczenia pracy jako katecheta wiem, jak znużenie może wkraść się w mój stosunek do uczniów. Zaczyna się od porannego bolesnego stwierdzenia: "Dziś znowu mam katechezę w szkole". Na samą myśl o tym kurczy mi się żołądek i mam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Co to oznacza? Oznacza to m.in., że z pola widzenia mojego serca zniknęły konkretne i zarazem zadziwiające losy katechizowanych: ich skomplikowane sytuacje w domach, zawiłe sprawy w gronie rówieśników, zagubienie, deficyt miłości, zaskakujące pytania, jakie potrafią zadać, śmiech, kłótnie... Gdy sobie to na powrót uświadamiam, żołądek nie od razu się rozkurcza, ale jednak umiem znowu odnależć motywację do tego, aby raz jeszcze zaangażować się w spotkanie z uczniami. Znużenie, zniechęcenie i chęć "odpuszczenia" sobie zostają pokonane. Co sprawia, że duchowe znużenie ma przystęp do naszych serc? Gdzie tkwi błąd? Otóż, jak się zdaje błąd polega w tym, że nie potrafimy być w życiu wędrowcami, którzy mają wrażliwe, otwarte oczy na zmieniający się i przebogaty krajobraz serc kochanych przez nas ludzi. Zamiast dać się wciąż na nowo zadziwiać bogactwem tego krajobrazu, wędrując z otwartymi ustami, stać nas jedynie na rozbijanie biwaku, aby sobie odpocząć i rozkoszować się pięknem jednego miejsca. Piękno to jednak w końcu się znudzi. Bóg nasze życie nie tak pomyślał. Ono nie ma być jak biwak, ale jak porywające stale zadziwione wędrowanie ludzi ku sobie. W każdym z nas jest bogactwo krajobrazów. Tak stworzył nas Bóg, który pragnie, abyśmy nie uśpili w sobie wrażliwości na nie. Czyż można się dziwić, że dopada nas znużenie, nuda, skoro nie pielęgnujemy w sobie zdolności do twórczego zdziwienia. Zdziwienia, które pcha ku poszukiwaniu lepszego zrozumienia, głębszego szacunku, tkliwszej troski, i to bez końca. Bóg właśnie tak nas kocha, wciąż poszukując i oczekując większego otwarcia, szczerości, prawdy, oddania. Tylko wtedy, gdy w relacjach między sobą będziemy naśladowali samego Boga, który odwiecznie jest zadziwionym i niestrudzonym Wędrowcą, nie pojawi się owo nieprzyjemne odczucie przesytu, znudzenia, zmęczenia. Boże miłosierdzie ratuje nas przed lenistwem, smutkiem i znużeniem, wzywając wciąż na nowo do miłości. Do czerpania tej żywej, źródlanej wody z Jego serca. Ta woda obmywa oczy i pozwala odkrywać na powrót ludzi, którzy potrzebują, by im służyć. Poprzez troskę wyrażoną w prostych, codziennych gestach. Poprzez odpowiedzialność podejmowanych niestrudzenie zobowiązań.

Odnowić dobry smak
Otrzymaliśmy od Boga wspaniały dar zmysłu smaku, który umożliwia nam przeżywać ogromną gamę doznań towarzyszącym nam przy jedzeniu i piciu. Najbardziej spontaniczną, wręcz organiczną modlitwą powinno być dziękczynienie za pożywienie. Jeśli jednak nie umiemy korzystać z Bożych darów podtrzymujących nasze życie i dających tak wiele radości, zaczynają się problemy. Jednym z nich jest obżarstwo. Słyszałem taką historię o księdzu: W tłusty czwartek gościł u kolegi z sąsiedniej parafii. Gospodyni upiekła ogromną michę pączków. Ksiądz, oglądając mecz w telewizji, sam wrąbał wszystkie pączki. Kucharka, spostrzegłszy z przerażeniem puste naczynie, pyta: "Może jeszcze dorobię?" Na to gość odpowiada wspaniałomyślnie: "Nie trzeba, słodkiego nie da się dużo zjeść". Nieumiejętność powiedzenia sobie "dość" może rujnować nie tylko zdrowie, ale i domowy budżet. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu prowadzi do swoistego przewartościowania: tracimy już zdolność cieszenia się przy stole obecnością ludzi, a pojawiamy się przy nim wyłącznie w celach napchania sobie brzucha.. Są ludzie, którzy cenią wspólne spotkania niemal wyłącznie z racji "dobrego żarcia" i niezłej "popijawy". Wiele osób żyje od imprezy do imprezy, kiedy to podczas suto zakropionego spotkania szuka ucieczki od nużącej codzienności. Ekipa, z którą przyjdzie ucztować, jest w zasadzie bez znaczenia. Po godzinie nie ma to praktycznie żadnego wpływu na jakość zabawy. Bycie razem przestaje być szansą do głębszego spotkania, przepoczwarzając się w okazję do kolejnego i jeszcze jednego "głębszego", przegryzanego czymś ostrym. Opisywana postawa staje się niekiedy przyczyną złej atmosfery w rodzinie. Oto mąż wścieka się z powodu przesolonej zupy, za słabo kwaśnych grzybków w marynacie; gniew ogarnia żonę, która niemal nigdy nie usłyszy pochwały za ugotowany obiad. Spokojnie można by przełknąć ową zupę i grzybki - ponieważ w gruncie rzeczy są znośne. Oszczędziłoby to podirytowania dwojgu. Oboje mieliby też szansę pogadać przy stole o tym, "jak minął dzień". Nieumiejętność pohamowania złośliwości zrodzonych z zawiedzionych kubków smakowych zabija tę okazję. Estetyka zwycięża etykę. Kulinarny gust okazuje się silniejszy niż zdolność wyrozumiałego gestu w stosunku do siebie nawzajem. Innym problemem wynikającym ze złego wykorzystania zmysłu smaku jest alkoholizm i narkomania. Ludzie przeżywają fizyczny głód spowodowany uzależnieniem. Zwłaszcza przy alkoholizmie początkiem jest brak powściągliwości - nieumiejętność powiedzenia "dość", zanim "rum zaszumi w głowie". Wiele osób nadużywających alkoholu przez długi czas szafuje frazą "lubię wypić", "mam smak do alkoholu". Prawdziwe oblicze owego "smaku" to przyzwyczajenie organizmu do upojenia, lecz niekiedy musi się wydarzyć jakaś tragedia, zanim "smakosz" przyzna się do swej choroby. Terapia, jaką Boże miłosierdzie musi podjąć w celu przywrócenia nam rzeczywiście "dobrego smaku", zakłada przede wszystkim przyznanie się do zniewolenia. Jak to przyznają alkoholicy w jednym ze swoich "kroków" - zasad warunkujących terapię: "Uznaję, że straciłem nad sobą kontrolę i tylko siła wyższa niż ja sam może mi pomóc". W tym wypadku potrzeba przywołać słowa Jezusa: "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" (J 8, 32).

Zamiast zakończenia

Wszystko, co Bóg czyni z grzesznikiem jako miłosierny Zbawca, zmierza do naszego rozwoju i pełnego bogactwa osobowości. Do każdego z nas kieruje swoje fascynujące zaproszenie, abyśmy podążali za Nim do pełni życia, które w Jego Królestwie Niebieskim nigdy się nie skończy. Obdarowani łaską Pana jesteśmy równocześnie wezwani do stania się narzędziami Jego przeobrażającego miłosierdzia w świecie. Pragnie On uczynić nas swoimi apostołami. Gdzie znajdował się początek, źródło zapału Apostołów, ich wytrwałego głoszenia Ewangelii? Czy był to porywający plan, świetna strategia rokująca duszpasterski sukces? Jeśli kiedykolwiek mieli triumfalistyczne marzenia, rozbiły się one w Wielki Piątek o twarde i surowe drzewo krzyża. Wraz z Jezusem zmartwychwstałym zostali podniesieni z tej ruiny, stając się jednak, po tym doświadczeniu, innymi ludźmi. Byli jak biblijny Jakub, kuśtykający z przetrąconym biodrem po walce z Bogiem. Ich zbyt ziemskie nadzieje starły się z "klęską" krzyża, łamiąc pychę i euforyczne myślenie o Królestwie miażdżącym już teraz potęgi tego świata. Źródło tego strumienia, który zaniósł ich na krańce świata, odkryli w przebitym boku swojego Pana. Tam, gdzie ludzka nieprawość, małoduszność, zaślepienie, głupota wydawały się zwyciężać, silniejsza od nich okazała się miłość Boga. Zdruzgotane grzechem świata serce Boga ożyło miłością do tych samych ludzi, którzy ją odrzucili. Nie istnieje dla chrześcijan inne ożywcze źródło apostolstwa niż ta prawda: Miłość Boga jest silniejsza od grzechu. Niszczycielskie zło, sprzeciwiające się Słowu Ojca, nawiedza Zmartwychwstały. Chrystus powraca nie po to, aby dowieść, że "odliczony" trzema dniami potrafi się podnieść z "desek" i zadać zwycięski cios. Ten powrót oznacza niezniszczalną wiarę Boga w człowieka, który czyni zło. Świat, który Go odrzucił, zostaje objęty Jego miłością, ponownie przygarnięty, jak niewierna Oblubienica, o której piszą prorocy. Uderzony Bóg, nadstawia drugi policzek, powstając z upadku śmierci. Jeśli chcemy wytrwale głosić Ewangelię musimy adorować tajemnicę przebitego serca, które staje się źródłem Ducha Świętego. Potrzebujemy wpatrywania się w tajemnicę Miłości, która, odepchnięta, powraca jak fala, aby ogarnąć z jeszcze większą czułością swoich nieprzyjaciół. Największym dramatem apostoła jest zatrata odruchu, aby powracać z wiarą i nadzieją do świata manifestującego, czasami ostentacyjnie i brutalnie, swoją niechęć do Światła (J 3, 19). Ilekroć poddajemy się zniechęceniu, przyjmując postawę: "Niech umierają w swoich grzechach, a my starajmy się jedynie postawić tamę szerzeniu się ich nieprawości", znaczy to, że odeszliśmy od krzyża i źródła miłosierdzia. Duch Święty zostaje zasmucony i wygnany z serc głosicieli Ewangelii, jeśli nie pozwalają Mu wciąż na nowo wskrzeszać swej wiary w możliwość przemiany wszystkich Szawłów w przyjaciół Pana. Objawem największej tragedii, jaka może dosięgnąć Kościół odpowiedzialny za zwiastowanie Dobrej Nowiny, nie będą puste świątynie lub nawet najbardziej przemyślana strategia prześladowań. Największa tragedia to postawienie przez chrześcijan tamy strumieniowi Bożego miłosierdzia, który, nie chciany przez świat, powraca doń, aby ożywiać to, co umarłe. Powstrzymywanie Ducha miłosierdzia może mieć miejsce, gdy zechcemy zewrzeć szeregi i stworzyć własny, chrześcijański krąg zjednoczony w autoafirmacji swej prawości i walce na słowa i czyny z beznadziejnie pogrążoną w złu "resztą". Tak powstrzymywany Duch nie da się jednak usidlić, aby wachlować skrzydłami obywatelom "państwa Bożego" ku ich dobremu samopoczuciu i pociesze. Paraklet (Pocieszyciel), który został posłany z przebitego serca Zbawiciela, nie jest nigdy duchem getta. Kryzys niewiary w ludzi, choćby nawet dających niezbite dowody swego zamknięcia na łaskę, może też przybrać formę cynizmu w stosunku do "letnich katolików". "Czy warto się angażować wobec tego ochrzczonego pogaństwa? Jaki ma sens robienie dla nich czegokolwiek?" Duszpasterz podtrzymujący w sobie taką "trzeźwą diagnozą" kieruje się naturalnym odruchem odstąpienia od tego, który mu zadaje ból, zamiast nadstawić drugi policzek. Swoją drogą nie każdy "cios", który otrzymujemy, utożsamia się od razu z odrzuceniem Boga. Czasami wybucha w ten sposób długo tłumiony żal do Kościoła i, paradoksalne, również prośba: "Pomóż mi wrócić". Jak możemy usłyszeć to wołanie, gdy jesteśmy już strasznie daleko, ukryci w poczuciu krzywdy, urazy, niedoceniania, wysuwanych zarzutów i obojętnego cynizmu? Nowa ewangelizacja zaczyna się nie przy biurku i planach nowych strategii duszpasterskich, lecz przy krzyżu. Tam odnawiamy wiarę w miłość silniejszą od panoszącej się śmierci i grzechu. Krzyż jest mocą dla rozbitków, wygnanych ze świata, którzy mogą o sobie powiedzieć jak Paweł: Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni; obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele.[...] Cieszę się przeto owym duchem wiary, według którego napisano: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem; my także wierzymy i dlatego mówimy [...] (2 Kor 4, 8-14). Moc ta jednak nie jest udzielana nam po to, byśmy uciekali od świata, ale byśmy nieustannie doń powracali. Jest mocą niezniszczalnej wiary w każdego człowieka, ukochanego przez Boga, który posyła nas do wszystkich z przesłaniem pojednania. Przypomina nam o tym nieustannie tajemnica Mszy świętej. Eucharystia, fascynujące zaproszenie Boga do udziału w Jego życiu, nie jest ucztą przeznaczoną jedynie dla wspólnoty wybranych. Z wieczernika naszych świątyń, gdzie celebrujemy Ofiarę Jezusa Chrystusa, Duch Boży wyprowadza nas do świata, do wszystkich ludzi, byśmy wszystkich zapraszali do udziału w tym życiu.

Tekst pochodzi z książki.
Fascynujące zaproszenie. Msza święta krok, po kroku.
Wojciech Jędrzejewski OP.Wydawnictwo "Więź"

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ